KE-R homeKościół Ewangelicko-Reformowany w RP

 

Do Cesarza Augusta,

     Zwołałeś, Wasza Cesarska Mość, obecne konsylium, aby, wraz z najznamienitszymi książętami i innymi stanami cesarstwa, można było dokładnie i szczegółowo rozważyć i zadecydować o środkach, prowadzących do poprawy obecnej kondycji kościoła, która powszechnie wydaje się zła, jeśli nie beznadziejna. Teraz, kiedy Jego Wielebność bierze udział w owej sesji, ośmielam się prosić Dostojne Gremium o poświęcenie swej uwagi i troskliwej refleksji kwestiom, które wyłożę. Ich ogrom i znaczenie może wzbudzić Wasze zainteresowanie, tak więc wyłożę je z całą prostotą, ułatwiającą podjęcie odpowiedniego sposobu działania.
     Niniejszym zapewniam, że występuję w obronie zarówno spójnej doktryny, jak i Kościoła, co pozwala mi wierzyć, że Wasza Dostojność nie odmówi mi posłuchu. Wiernie wykonując swoje obowiązki i czyniąc praktykę z tego, co wyznaję, czuję się upoważniony do owego zadania. Choć wydaje się ono przerastać moje możliwości, nie obawiam się, że po wysłuchaniu mnie, posądzony zostanę o szaleństwo lub zarozumiałość, podejmując takie kroki. Istnieją dwie okoliczności, w których ludzie zwykli polecać się komuś lub znajdywać usprawiedliwienie dla swojego postępowania. Jeśli działanie owo wynika z uczciwych pobudek postępują uczciwie. W pobożnym celu poczytuje się to nawet za godne pochwały. Jeśli natomiast działają pod presją publicznej konieczności, nie można odmówić im przynajmniej zrozumienia. Skoro obydwa powody kierują mną, ufam w Waszą przychylność, co do mych intencji. W jakiej to innej dziedzinie, dla jakiego innego ważniejszego celu miałbym nie szczędzić trudu, jak tylko w usiłowaniu, zgodnie z moimi umiejętnościami, niesienia pomocy Kościołowi Chrystusa, który to Kościół znajduje się w rozpaczliwym położeniu i niebezpieczeństwie.
     Nie będę dłużej wykorzystywać przedmowy do przedstawiania samego siebie. Proszę przyjąć to, o czym będzie tu mowa, w imieniu moim i wszystkich tych, którzy już czynili starania przywrócenia Kościoła należytemu porządkowi lub dostrzegli nieodzowność tego działania. Pośród nich znajdują się książęta niepośledniego stanu i z innych szlachetnych grup. Tak, jak ja jako jednostka, przemawiam w ich imieniu, tak i oni przemawiają poprzez moje usta. Do tejże grupy należy dodać niezliczone rzesze pobożnych ludzi, rozrzuconych po różnych regionach chrześcijańskiego świata, którzy jednogłośnie zgadzają się ze mną co do konieczności zreformowania Kościoła. Wszyscy wespół bolejemy nad korupcją obecnego Kościoła, nie jesteśmy w stanie jej dłużej tolerować i nie spoczniemy w swych zabiegach o poprawę sytuacji. Świadomy jestem, z jaką nienawiścią kojarzy się nasze imię niektórym, ośmielam się jednak prosić, aby przed wydaniem o nas osądu, wysłuchali naszych racji.
     Pierwszą kwestią nie jest już uznanie, że Kościół nękany jest przez liczne i poważne problemy (przyznają to nawet umiarkowane kręgi sędziów), ale to, czy można podjęcie ich rozwiązania odkładać w czasie. Czyż nie jest niestosowne i nieużyteczne, aby spokojnie czekały swego remedium? Proponując jakiekolwiek działania co do obecnego stanu Kościoła, oskarżani jesteśmy o wprowadzanie pospiesznych świętokradczych zmian. Tak więc, spieszno jest niektórym potępiać nas, nie za pragnienie niesienia pomocy Kościołowi, ale za uzurpowanie sobie prawa do tego. Prosiłbym owe kręgi o wstrzymanie się ze swoim osądem do czasu, kiedy rezultaty naszych działań odsłonią ich prawdziwą naturę. Powodowani jesteśmy bowiem najwyższą koniecznością, co dowiodę, prezentując poniżej problemy.
     Twierdzimy, że na samym początku Bóg powołał Lutra i innych, niosących światło, wskazujące nam drogę zbawienia. To oni poprzez swoje obowiązki duszpasterskie założyli i pielęgnowali kościoły. To oni są nauczycielami doktryny, w której tkwi prawda o naszej religii, tymi, w których nauczaniu znajduje się czystość i prawowitość wyznania, a także tymi, którzy prawdę o zbawieniu ludzi, dotychczas w wielkim stopniu zakrytą, uczynili zrozumiałą. Utrzymujemy, że skażony został również sposób szafowania sakramentami, w zarządzanie zaś Kościołem wdało się wiele plugawości, a nawet nieznośnej dyktatury (organa zarządzające Kościołem nie przebierają w środkach, posuwając się do tyranii). Być może zarzuty te nie mają przekonywającej mocy, póki pełniej nie zostaną wyjaśnione, co uczynię wedle moich umiejętności. Nie zamierzam omawiać wszystkich kontrowersji, wymagałoby to wiele nakładu czasu, a i sposobność ku temu nie sprzyja. Uwypuklę tylko, streszczając w trzech punktach, konieczne przyczyny, zmuszające nas do działań, za które przypisuje się nam winę.
     Po pierwsze pobieżnie wymienię wszelkie zło, które zmusza nas do poszukiwania odpowiednich środków zaradczych.
     Po drugie wskażę, że niektóre z rozwiązań, podjęte przez naszych reformatorów, okazały się trafne i uzdrawiające.
     Po trzecie wyjaśnię, dlaczego ważkość problemu wymaga natychmiastowych działań.

1. Zło, które zmusza nas do poszukiwania uzdrawiających rozwiązań

     Pierwszy punkt, do którego odniosę się jedynie po to, aby przygotować grunt do dwóch kolejnych, podejmę w kilku słowach. Dłuższą kwestią będzie próba oczyszczenia nas z ciężkich zarzutów świętokradczej zuchwałości, podburzania nastrojów i pochopności działań, co do których rzekomo nie mamy prawa.
     Jakie czynniki sprawiają, że Chrześcijaństwo jest głęboko zakorzenione, a jego prawdy nieprzemijalne? Pierwszoplanowym zagadnieniem będzie sposób, w jaki powinniśmy wielbić Boga, jak również to, co może być źródłem naszego zbawienia. Jeśli zignorujemy powyższe kwestie, nasze wyznanie wiary okaże się próżne. Szafowanie sakramentami, jak i zarządzanie Kościołem mają stać jedynie na straży czystości doktryny, nie zaś służyć jakimś innym celom. Jedynym zaś sposobem upewnienia się co do jej prawości i nienaganności będzie poddanie jej dokładnemu oglądowi. Gdyby wymagało to czytelniejszego zilustrowania, porównałbym zarządzanie, urząd duszpasterski oraz inne sprawy organizacyjne do ciała, podczas gdy słuszną doktrynę oddawania czci Bogu i źródło, w którym sumienie ludzkie upatruje zbawienia duszy, ożywiającej owo ciało i sprawiającej, iż nie jest ono li tylko śmiertelną powłoką.
     Co do rzeczy wyżej wspomnianych, nie istnieją kontrowersje pomiędzy pobożnymi a ludźmi o zdrowym rzeczy osądzie. Przyjrzyjmy się teraz, co rozumiemy pod pojęciem poprawnego uwielbiania Boga. Głównym założeniem jest uznanie Go za źródło wszelkich cnót, sprawiedliwości, świętości, mądrości, prawdy, mocy, dobra, łaski, życia i zbawienia. Dlatego też oddajemy Mu chwałę, upatrując w Nim przyczyn wszelkich zjawisk, jak też szukamy w Nim źródła ucieczki. Stąd wznosi się ku niebu nasza modlitwa, uwielbienie i podziękowanie, świadczące o chwale, którą Mu przypisujemy. Poprzez adorację wyrażamy cześć należną Jego wielkości i wspaniałości. Wszelki obrządek pozostaje jedynie pomocnym instrumentem w oddawaniu czci tak, aby ciało podlegało przemianom wraz z duszą. Następnie przychodzi ukorzenie się, odrzucenie spraw doczesnego świata i pobudek ciała, przemiana naszego umysłu i życie będące oddaniem Bogu. Poprzez samo poniżenie się doskonalimy się w posłuszeństwie i oddaniu się Jego woli tak, aby bogobojność mieszkała w nas i rządziła naszymi poczynaniami.
     Duch Święty poprzez Pismo uczy nas prawdziwego i szczerego oddawania czci, które Bóg aprobuje i w którym znajduje On zadowolenie. Jest to warunek wstępny do dalszej dyskusji, jak i oczywisty nakaz naszej pobożności. Istota oddawania czci Bogu pozostaje zawsze ta sama, z tą wszakże różnicą, ze duchowa prawda, która w nas jest jawna i prosta, była w okresie działania Prawa Mojżeszowego obleczona w rytualną obrzędowość. Słowa naszego Zbawcy mówią, że [...] nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie (J. 4, 23). Wiersz ten nie świadczy, że Bóg Ojciec czczony był w duchowy sposób, ale zaznacza różnicę w zewnętrznej formie oddawania czci. Podczas gdy u naszych poprzedników prawdziwy Duch przyćmiony był rozmaitymi rytami, my wyznajemy Go z całą prostotą. Co do jednej rzeczy zawsze istniała zgoda, że Bóg, który jest Duchem ma być wielbiony duchowo i w prawdzie.
     Zasada, którą posługujemy się przy odróżnianiu czystej od wypaczonej formy wyznawania Boga jest uniwersalna. Nie czynimy z niej narzędzia, które służyłoby naszym celom, a jedynie zaleceniom Boga. Owa zasada pozostaje niezmienna i powinna być zawsze przestrzegana z największą surowością. Dla dwóch powodów Pan Bóg, potępiając i sprzeciwiając się wszelkim fałszywym formom oddawania czci, wymaga od nas posłuszeństwa Jego własnym nakazom. Po pierwsze, ustanowienie Jego, jako ostatecznego autorytetu sprawia, że nie podążamy za własnymi przyjemnościami, lecz podlegamy Jego zwierzchności. Po drugie, nasze kaprysy i nadmierne poczucie wolności prowadzą nas na manowce. Kiedy już raz zbłądzimy z prawowitej drogi, nie ma końca naszym rozterkom i popadamy w niezliczone zabobony. Słuszną zatem jest rzeczą, że Bóg w celu utrzymania praw Swego Królestwa ściśle nakazuje, jak mamy postępować i odrzuca wszelkie ludzkie środki, pozostające w niezgodzie z Jego wolą. Sprawiedliwą jest również rzeczą, że Bóg definiuje zakres naszej swobody działań tak, abyśmy przez fałszywe wzywanie Jego imienia nie wzbudzali gniewu przeciwko nam.
     Wiem, jak trudno jest przekonać świat o tym, że Bóg sankcjonuje jedynie sposób oddawania Mu czci, który wyjawił nam w Piśmie. Odmienne, głęboko zakorzenione, przekonanie świata mówi, że każdy rodzaj czci, zdradzający jakąkolwiek gorliwość jest właściwy. Cóż zyskujemy wyznając Boga, jeśli pozostaje to w sprzeczności z Jego nakazami? Jakże próżne, bezowocne i godne potępienia pozostaje takie postępowanie? Słowa samego Stwórcy mówią jasno i klarownie: [...] Posłuszeństwo lepsze jest niż ofiara. (1 Sam 15, 22), Daremnie mi jednak cześć oddają, głosząc nauki, które są nakazami ludzkimi (Mat 15,9). Jakikolwiek dodatek do słów Pana uwłacza zwłaszcza owej sprawie. Próżną jest sama chęć oddawania czci. Tak więc tego, co raz zostało postanowione przez Najwyższego Sędziego, nie mamy prawa podważać.
     Proszę zatem Waszą Cesarską Mość i Prześwietnych Książąt o zwrócenie swej uwagi na fakt, jak bardzo daleki od czystości i prawości pozostaje sposób, w jaki obecnie świat chrześcijański oddaje cześć Najwyższemu. Słowami przyznaje on Bogu chwałę i uznaje w Nim wszelkie dobro, w rzeczywistości jednak ujmuje Jego doskonałości na korzyść świętych. Choćby nasi przeciwnicy uciekali się do różnych wybiegów i szkalowali nasze dobre imię za wyolbrzymianie tego, co dla nich jest tylko trywialnym problemem, i tak przedstawię fakty. Boską Opatrzność przypisuje się wielu świętym niemalże na równi z Najwyższym Bogiem. W wielu wypadkach to oni rzekomo wykonują Boską pracę, pozostawiając Boga na uboczu owych działań. Rzeczą, na którą uskarżam się, jest coś, co każdy wyraża trywialnym przysłowiem. Cóż bowiem mają znaczyć słowa Bóg nie może być poznany inaczej jak tylko przez apostołów, jeśli nie to, że poprzez rangę, do której zostali wywyższeni, znacznie ujmuje się Boskości Chrystusa. Konsekwencją tak przewrotnego myślenia jest to, że ludzkość, wyrzekłszy się źródła Wody Życia, poznała smak słów proroka Jeremiasza: [...] Mnie, źródło wód żywych, opuścili, a wykopali sobie cysterny dziurawe, które wody zatrzymać nie mogą (Jer. 2,13).
     W czym upatrują oni swego zbawienia i wszelkiego dobra? Czy jedynie w Bogu? Ustami wyznają, że jedynie w Panu. Cały ich bieg życia jawnie świadczy jednak o czymś przeciwnym.
     Jednym z dowodów na korupcję jest wypaczenie roli modlitwy, która uległa znacznemu zniekształceniu i niemalże zanika. Zaobserwowaliśmy, że to właśnie modlitwa potrafi dowieść, czy modlący oddaje prawdziwy hołd Bogu. Transponując część chwały na inne istoty niż Bóg, odzieramy Go z należnej Mu czci. W szczerej modlitwie istotne jest coś więcej niż tylko usilne błaganie. Modlący powinien zachować pewność, że Bóg jest jedyną jego ucieczką, On jedynie może przyjść z pomocą, tak jak nam to obiecał. Żaden człowiek nie jest w stanie cieszyć się takim przekonaniem, jeśli nie szanuje Bożych zaleceń przez które Bóg wzywa nas do siebie i nie ma w sobie nadziei na wysłuchanie swych modlitw. Przykazania Boże nie są szanowane, jeśli ludzkość powszechnie odwołuje się w swych modlitwach zarówno do Boga, jak i aniołów i zmarłych lub, jeśli zwraca się do nich jako mediatorów, dzięki wstawiennictwu których Bóg spełnia prośby modlących się.
     Gdzież zatem podziała się obietnica oparta jedynie na wstawiennictwie Chrystusa? Ignorując Go jako jedynego mediatora, ludzie wybrali sobie patronów na wzór własnych wyobrażeń, a jeśli nawet Chrystus zajął pewne miejsce w ich modlitwie, to niezbyt poczesne – jak jeden z owej rzeszy. Choć nie ma niczego bardziej sprzecznego z naturą szczerej modlitwy jak brak ufności i wątpliwości, to jednak dominują one w modlitwach wielu. Co więcej, gro z nich ufa, że rozterki te są koniecznym elementem prawdziwej modlitwy. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ świat nie pojął mocy modlitwy, do której Bóg zaprasza nas, nie uwierzył, że otrzymamy wszystko, o cokolwiek prosimy, pokładając zaufanie w Jego przykazaniach i obietnicach. Nie uwierzył również w rolę Chrystusa jako jedynego adwokata, w imię którego nasze modlitwy są wysłuchiwane. Jeśli przyjrzymy się wielu modlitwom społeczności kościelnej, dostrzeżemy liczne nieprawości. Jesteśmy w stanie ocenić, w jakiej mierze prawe oddawanie czci Bogu uległo wypaczeniu. Modlitwa dziękczynna również nie pozostaje tu wyjątkiem. Świadczą o tym hymny śpiewane zbiorowo, w których imiona świętych wysławia się na równi z imieniem samego Boga.
     Cóż by powiedzieć o praktykach adoracyjnych? Czyż ludzie nie zwracają się ku wyobrażeniom i rzeźbom z szacunkiem równym Bogu? Błędne jest nawet przypuszczać, że istnieje jakaś różnica między owym wypaczeniem wierzących a poganinem. Bóg nie tylko zabrania nam kłaniać się figurom, ale i wierzyć, że On sam w nich przebywa. Powodowani takim właśnie podejściem, poganie ukrywali swą bezbożność. Nie da się również zaprzeczyć, iż relikwie świętych, takie jak kości, szaty i obuwie, czczone są w miejsce prawdziwego Boga.
     Niektórzy sprzeciwiliby się, mówiąc o mnogości sposobów adoracji. Dulia [szacunek], jak to określają, oddawany jest świętym, ich wyobrażeniom i szczątkom, natomiast latria [cześć] przeznaczona jest jedynie Bogu. W miarę rozwoju sposobów oddawania czci zaistniał również hyperdulia [wielki szacunek], oddający cześć matce Chrystusa ponad innymi istotami. W modlitwie ludzie ci przyjmują pozycję leżąc twarzą na posadzce przed wizerunkami. Podczas gdy wszyscy prorocy, gdziekolwiek by się nie pojawiali, skazywali na potępienie praktyki bałwochwalcze, świat pozostaje przepełniony nimi na podobieństwo starożytnych Egipcjan.
     Mówię tu pobieżnie o każdym rodzaju korupcji, później zaś wyjawię ujemne strony każdego z nich.
     Przejdę teraz do ceremonii, które, miast być przejawem szczerego uwielbienia Boga, są raczej urąganiem Jego wielkości. Nowy Judaizm, jako substytut czegoś, co Bóg wyraźnie znosi, szerzy się poprzez liczne dziecinne ekstrawagancje, wraz z niektórymi bezbożnymi praktykami zapożyczonymi od pogan, istniejącymi jedynie na potrzeby teatralności, nie zaś powadze nabożeństwa. Wraz z nimi ponownie odradzają się niezliczone ilości obrzędów. Powinny one stanowić żywy przykład pobożności. Ludzie jednak w swej próżności czynią je lekkomyślnymi i bezużytecznymi. Bez porównania największym złem ze wszystkich pozostaje przekonanie ludzi, że czyniąc zadość tym i innym obrzędom wypełniają swoją powinność wobec Boga tak, jakby one same były esencją pobożności i czci Boga.
     Jeśli chodzi o wyrzeczenie się samego siebie, a co za tym idzie odnowa życia, praktyka jej zatarła się całkowicie lub istnieje w bardzo znikomym wymiarze. Duchową ofiarą miłą Bogu ma być przyobleczenie się w nowego człowieka. Niektórzy z duchownych napominają okoliczności wyrzekania się samego siebie, nie znajdując jednak sposobu przywrócenia tej formie uwielbienia Boga. Mówiąc o pokucie, przywiązują wagę jedynie do pewnych praktyk cielesnych, w których użyteczność św. Paweł śmie wątpić (Kol. 2,23; 1Tym. 4,8). Cała uwaga pokutujących skupia się na różnego rodzaju abstynencji, czuwaniu i innych praktykach, określanych przez Pawła jako nędzne elementy tego świata. Podążają oni jedynie za cieniem tego, co naprawdę istotne, przeoczając sens prawdziwej pokuty.
     Zważywszy, że jedynie Słowo Boże odróżnia praktyki fałszywe od prawdziwych, wnosimy, że dzisiejszy sposób uwielbienia Boga jest niczym innym, jak wielkim zepsuciem. Nie szanują ludzie nakazów boskich, nie czynią tego, co Panu miłe, przypisując sobie prawo decydowania o sposobach oddawania czci, naprzykrzając się Panu fałszywym posłuszeństwem. Jeśli me słowa wydają się przesadne, przypatrzmy się kilku praktykom, błędnie pojmowanym jako składanie hołdu Bogu. Bóg odrzuca, potępia, czuje wstręt do wszelkich fikcyjnych praktyk religijnych. Dlatego też daje nam Swoje Słowo, aby hamować nasze namiętności i prowadzić drogą posłuszeństwa. Zrzucając Jego jarzmo błądzimy, goniąc urojenia, czcząc Go na modłę własnych wyobrażeń z zuchwalstwem, co w oczach Boga jest trywialne i nikczemne. Rzecznicy ludzkich tradycji przedstawiają je w słusznych i górnolotnych zwrotach. Św. Paweł przyznaje, że są popisem ludzkiej mądrości. Skoro jednak Bóg bardziej ceni sobie posłuszeństwo niż ofiarę, powinno to być wystarczającym argumentem na potępienie jakichkolwiek innych sposobów oddawania czci, niż te usankcjonowane nakazem Boga. Przejdźmy teraz do drugiej podstawowej dziedziny chrześcijańskiej doktryny naszej wiedzy o źródłach, z których płynie nasze zbawienie. Obecnie nasza wiedza na ten temat prezentuje trzy różne stadia. Po pierwsze, powinniśmy zacząć rozważania od uświadomienia sobie naszej marności, co wprawia nas w zwątpienie – tak, jakbyśmy duchowo umarli. Przyczynia się do tego własne, jak i odziedziczone zepsucie naszej natury. To źródło zła przeciwko Bogu zradza w nas brak zaufania, bunt przeciw Stwórcy, pychę, skąpstwo, pożądliwość i wiele innych grzesznych namiętności, przez co sprzeciwiamy się drodze prawości, sprawiedliwości i ciąży na nas brzemię grzechu. Co więcej, każdy, kto wyzna swe przewinienia, czując obrzydzenie do swych haniebnych czynów, zmuszony jest do uczucia niezadowolenia z siebie i uświadomienia sobie własnej małości. Z drugiej jednak strony sumienie jako pomost między nami a Bogiem przestaje być przekleństwem, a strzeże nas przed wiecznym potępieniem i uczy bojaźni. To pierwszy krok na drodze do zbawienia, kiedy grzesznik w skrusze wyznaje swą cielesność. Drży, czuje niepokój, szuka ulgi, a jednak nie zatwardza serca przeciw sprawiedliwości Bożej.
     Od tejże postawy powinien przejść do następnej, co możliwe jest dzięki poznaniu Chrystusa, w którym na nowo zaczyna oddychać. Nie ma innej drogi, jak tylko pokorne zwrócenie się do Chrystusa, za którego wstawiennictwem możemy wyjść z ubóstwa istnienia. Ten, kto szuka zbawienia w Chrystusie, zdaje sobie sprawę z rozmiarów Jego potęgi, uznaje w Nim jedynego, który godzi nas z Ojcem, a Jego śmierć na krzyżu, jako jedyną ofiarę zmazującą nasze winy. W ten sposób Boskiej sprawiedliwości staje się zadość i osiąga się głębię prawości.
     Człowiek nie powinien postrzegać swej współpracy z Bogiem Ojcem i Chrystusem oddzielnie, lecz uznać w niej za darmo daną nam łaskę, dzięki której możemy dostąpić oglądania Boga. Z tego miejsca człowiek powinien przejść do kolejnego etapu zbliżania się do Boga. Ciesząc się łaskami Chrystusa, czerpiąc z owoców Jego śmierci i zmartwychwstania, powinien utwierdzić się w zaufaniu, Chrystusowi powierzając całkowicie swoje życie.
     Przyjrzyjmy się teraz, jak okrutnie doktryna ta została zniekształcona. Co do grzechu pierworodnego wiele niepokojących pytań zostało podjętych przez scholastyków, którzy czynili wszelkie starania w wyjaśnieniu owego problemu. W swych dysputach i kazaniach zredukowali go do rangi niewiele większej niż grzech pożądliwości cielesnej, ignorując nasze zaślepienie, próżność, pychę intelektu, niedowiarstwo, przesądy, wewnętrzną deprawację duszy, dumę, ambicje, upór i inne tajemne źródła zła. Jeśli chodzi o doktrynę wolnej woli, głoszoną przed wystąpieniem Lutra i innych religijnych reformatorów, jej efektem jest zarozumiałość ludzka, odnosząca się do przekonania o własnych zasługach i ich próżność, nie pozostawiająca miejsca na łaskę i orędownictwo Ducha Świętego.
     Dlaczegóż mamy pokładać swą ufność w owej nauce? Nie ma chyba rzeczy bardziej wzbudzającej kontrowersje, przy której nasi przeciwnicy bardziej uporczywie staliby przy swoich stanowiskach, niż rozstrzyganie, skąd płynie zbawienie: z wiary czy z uczynków. Pod żadnym warunkiem nie przyznają Chrystusowi tytułu Pana naszej prawości, przypisując sobie dobre uczynki jako własną zasługę. Dysputa ta nie rozstrzyga, czy dobre uczynki powinny być udziałem wiernych i, czy są przez Boga uznawane i nagradzane, ale czy ich własna wartość jest w stanie zyskać nam życie wieczne, czy są one zadośćuczynieniem zmywającym grzechy, których wyznawanie jest warunkiem wstępnym drogi do zbawienia. Potępiamy błędne myślenie, w którym ludzie przypisują większą wagę do swych uczynków niż do roli Chrystusa jako środka zjednującego Boską łaskawość i zyskującego dziedzictwo życia wiecznego, krótko mówiąc, dzięki któremu stajemy się prawi w oczach Boga. Ludzie pysznią się przed Bogiem dobrymi uczynkami, czyniąc Boga zobligowanym do ich wynagrodzenia. Duma tak pojmowana jest tragicznym zatruciem duszy, bo zamiast uwielbiać Chrystusa ludzie chełpią się samymi sobą, marzą, aby posiąść życie, przebywając jednak w otchłani śmierci. Można by rzec, że przesadnie traktuję ten problem, nie można jednak zaprzeczyć istnienia owego fałszywego przekonania, że poprzez uczynki zyskujemy przychylność Bożą, a w konsekwencji życie wieczne, że jakakolwiek nadzieja na zbawienie nie poparta dobrymi uczynkami jest nieroztropnością i zarozumialstwem, że dostępujemy pojednania z Bogiem poprzez nasze dobre czyny, a nie łaskawe odpuszczenie grzechów. Co więcej, wierzy się, że to one zasłużą nam na życie wieczne, gdyż wynikają z litery prawa, nie zaś przypisywane są wstawiennictwu Chrystusa. Jak często ludzie tracą przychylność Bożą, tak często ją odzyskują poprzez czyny wynagradzające, uzupełnione zasługami Chrystusa i świętych, jeśli tylko grzesznik zasługuje na ich wspomożenie. Przed wystąpieniem Lutra owe bezbożne dogmaty fascynowały ludzi, ale i w naszych czasach poprawna doktryna jest zagorzale i uparcie krytykowana.
     Istnieje jeszcze jedno zgubne przekonanie, zajmujące umysły ludzkie, a uważane za jedno z głównych punktów wiary, co do którego bezbożną rzeczą byłoby wątpić w nie. Mówi ono, że wierni powinni żyć w ciągłej niepewności co do Bożej przychylności. Moc, jaką daje wiara, korzyści płynące z Chrystusowego odkupienia i zbawienia zostają w ten sposób podważone. Św. Paweł deklarował, że jedynie wiara Chrystusowa wypełnia nasze serca ufnością i dodaje otuchy, aby stanąć przed obliczem Boga (Rz. 5,2). Kolejny fragment Listu do Rzymian opiera się na tym samym przekonaniu: Wszak nie wzięliście duch niewoli, by znowu ulegać bojaźni, lecz wzięliście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze ! (Rz. 8,15).
     Czyż rezultatem braku ufności, który cechuje naszych przeciwników, nie jest utrata zaufania w obietnice Boże? Św. Paweł argumentuje słowami: Bo jeśli dziedzicami są tylko ci, którzy polegają na zakonie, tedy wiara jest daremna i obietnica w niwecz się obróciła (Rz. 4,14). Prawo bowiem skazuje człowieka na zwątpienie i nie pozwala mu cieszyć się pewnym, trwałym zawierzeniem Bogu. Ci, którzy żyją w sprzeczności ze słowami Pawła stają się ofiarą błędnych przypuszczeń na podobieństwo trzciny na wietrze. Kiedy już raz zaufali zbawieniu płynącemu z mocy dobrych uczynków, zanurzyli się w absurdzie owej doktryny. Stoją oni nad krawędzią przepaści, bo czyż czyny człowieka nie przysparzają mu wątpliwości, a nawet powodów do rozpaczy? Tak więc widać, jak jeden błąd prowadzi do następnego.
     W tym miejscu chciałbym, Jego Wysokość Cesarzu i Dostojni Książęta, przypomnieć to, o czym już wcześniej wspomniałem. Bezpieczeństwo Kościoła zależy w takim samym stopniu od poprawnej doktryny, jak życie ludzkie od kondycji jego duszy. Jeśli czystość doktryny jest choćby w najmniejszym stopniu uchybiona, Kościół doznaje śmiertelnego uszczerbku. Dlatego też uważam, że niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane, a Kościół stoi na skraju przepaści. Rozwijam teraz ten temat znacznie szerzej.
     Przejdę obecnie do kwestii zarządzania Kościołem i dystrybucji sakramentów, które porównałem wcześniej do ciała. Choć zewnętrzna ich strona może pozostawać nienaganna, ich moc i użyteczność nie mają sensu, jeśli wynikają z błędnej doktryny, a cóż dopiero, kiedy ich zewnętrzna i wewnętrzna strona nie mają prawnych podstaw, co wielokrotnie daje się zauważyć.
     Jeśli chodzi o sakramenty - rytuały wymyślone przez ludzi, mają tę samą rangę, co misterium ustanowione przez Chrystusa. Szafuje się siedmioma sakramentami, podczas gdy Chrystus ustanowił tylko dwa. Pozostałe z nich są autorstwa człowieka. Uważa się, że łaska Boga Ojca, jak i Chrystusa jest w nich obecna. Dwa sakramenty ustanowione przez Chrystusa zostały zniekształcone w szkaradny sposób. Chrzest stał się czymś na kształt zbytecznego dodatku, nie zachowując prawie śladu ze swej czystej i oryginalnej formy. Natomiast sakrament Wieczerzy Pańskiej nie tylko uległ zniekształceniu przez, nie mające z nim nic wspólnego, rytuały, ale zupełnie zmienił swoją formę.
     To, co Chrystus nakazał nam czynić i w jakim porządku, zostało przecież jasno określone. Pogardzając Jego wskazówkami teatralne przedstawienie stało się substytutem prawdziwej Wieczerzy Pańskiej. Bo czyż istnieje jakieś podobieństwo między mszą a prawdziwą Wieczerzą Pańską? Z nakazu Chrystusa Ciało i Krew stały się świętymi symbolami, poprzez które wierzący mają się komunikować z Bogiem. Jednak to, co obserwuje się na mszy, powinno zasługiwać na ekskomunikę. Kapłan sam spożywa Wieczerzę, oddzielając się od reszty zgromadzenia. Następnie tak, jakby był jakimś następcą Aarona, pozoruje składanie ofiary niweczącej grzechy ludzi. Gdzie, choćby raz, Chrystus wspomina o ofierze? Mówi tylko: bierzcie, jedzcie i pijcie. Kto dał ludziom prawo do zmiany słowa „bierzcie" na „ofiarujcie"? Efektem tej zamiany jest poddanie własnym potrzebom wiecznych i niezmiennych dekretów Chrystusa.
     Jest to poważne wykroczenie, zwłaszcza gdy owy fałsz dotyka zarówno żywych jak i umarłych i uważa się, że dzięki niemu zyskujemy łaskę. W tenże sposób z owoców Męki Chrystusowej stworzyli ludzie przedstawienie, a dostojeństwo wiecznego kapłaństwa skradzione zostało Chrystusowi i użyczone człowiekowi.
     Jeśli nawet kapłani zapraszają wiernych do wspólnej komunii, uczestniczą oni jedynie w jej części. Wszakże Chrystus ofiaruje Swój Kielich wszystkim i wszystkich zaprasza do spożywania z Niego. Wbrew temu zabrania się zgromadzeniu wiernych styczności z Kielichem Pańskim. Obydwa symbole, które z polecenia Chrystusowego związane były nierozerwalnym węzłem, przeciął ludzki kaprys. Z wyjątkiem konsekracji, zarówno Chrzest, jak i ofiara Wieczerzy nie różnią się niczym od praktyk magicznych inkantacji. Poprzez wydawanie dziwnych westchnień, szeptów i wypowiadanie niezrozumiałych słów uważa się, że odprawiane jest prawdziwe misterium. To tak, jakby wolą Chrystusa było, aby w rytuałach Jego Słowo miało być mamrotane, nie zaś wypowiadane w sposób czysty i klarowny. Słowa Ewangelii w niezawoalowany sposób mówią o potędze, naturze i sensie sakramentu Chrztu. Podczas Wieczerzy Chrystus nie mamrocze nad chlebem, ale zwraca się do apostołów w klarownych zwrotach, kiedy zapowiada obietnicę i nakazuje: czyńcie to na pamiątkę moją. Zamiast czcić pamięć owego wydarzenia, wymawiane są sekretne egzorcyzmy, służące raczej magii niż sakramentowi.
     Naszym pierwszym zarzutem jest to, że ludzie znajdują przyjemność w widowiskowych ceremoniach, zapominając o ich utraconym znaczeniu i sensie. Sakramenty są bezużyteczne, jeśli symbole je reprezentujące, pozostają w sprzeczności ze słowem Bożym. Jeśli wiernym przedstawia się nic nie znaczące figury, dostarczając doznań li tylko wzrokowych, jeśli nie słyszą Słowa Bożego, w rytuale takim nie dostrzegają niczego, poza jego zewnętrzną oprawą. Stąd jeden z najbardziej niebezpiecznych zabobonów mówiący, że sakramenty są wystarczające do zbawienia. Nie zabiegając o sprawy wiary i pokuty, a nawet samego Chrystusa, ludzie przywiązują wagę do zewnętrznego znaku, a nie do jego znaczenia. We wszystkich kręgach szerzy się bezbożny dogmat o samowystarczalności sakramentów, jeśli nie są tylko obarczone grzechem śmiertelnym [przyjmującego], tak jakby były one ustanowione dla innego celu, niż doprowadzenie nas do Chrystusa.
     Co więcej, po konsekracji chleba przewrotnymi zaklęciami, a nie pobożnym rytem, przechowuje się go w zamknięciu. Jedynie czasami ukazuje się chleb zgromadzeniu w bardzo uroczystym nastroju, aby się do niego modlić i adorować zamiast Chrystusa.
     Skutkiem tego w chwilach trwogi ludzie uciekają się do chleba jako swej ochrony, traktują jak zaklęcie przeciw wszelkim smutkom. Prosząc przebaczenia Boga stosują jako środek zmazujący winę, tak jakby Chrystus, ofiarując ciało, przeznaczył je do tego rodzaju absurdalnych praktyk. Do czego powinna skłaniać nas obietnica Chrystusa? Otóż do tego, że tak często, jak bierzemy udział w sakramencie Wieczerzy, powinniśmy być uczestnikami Chrystusowego Ciała i Krwi. Bierzcie – mówi On, jedzcie i pijcie, to jest moje ciało to jest moja krew. Czyńcie to na pamiątkę moją. Aby dotrzeć do prawdziwego sensu owego sakramentu, musimy poprzestać na znaczeniu, nadanym mu tylko przez Chrystusa. W błędzie tkwią ci, którzy, poza prawowitym przyjmowaniem sakramentu, wyobrażają sobie, że znajduje się w nim cokolwiek więcej niż tylko nieuświęcony chleb.
     Wiele religijnych rytów ulega profanacji. Stają się one przedmiotem haniebnego frymarczenia, jakby nie były ustanowione dla innych celów, jak tylko pozyskiwanie korzyści tym, którzy je praktykują. Frymarczenia tego dokonuje się w sposób jawny i otwarty. W niektórych kościołach mówi się o korzyściach finansowych, jakie przynosi msza. Niektóre z obrządków mają nawet swój ustalony cennik. Każdy przy zdrowym osądzie dostrzeże, że kościoły stały się miejscem handlu i funkcjonują niczym sklepy, gdzie każda z religijnych praktyk może być wystawiona na sprzedaż.
     Omówię teraz niektóre z poważniejszych bolączek, nękających kościelne zarządzanie. Urząd pastora ustanowiony przez Chrystusa od dawna się dezawuuje. Celem powoływania biskupów, księży i różnych rang kościelnych miało być, jak przypomina św. Paweł, moralne nauczanie Kościoła w ramach czystej doktryny. Zgodnie z tym, żaden pastor nie spełnia swych powinności, jeśli nie naucza. W dzisiejszych czasach prawie wszyscy, mieniący się duszpasterzami, zlecili ową posługę innym. Rzadko kiedy można spotkać dziś biskupa, który zajmie miejsce na ambonie, aby nauczać zgromadzenie. Biskupstwa bowiem zdegenerowały się do roli świeckich księstewek. Również pastorzy niżsi rangą błędnie mniemają, że poprawnie wykonują swój urząd, czyniąc z nabożeństwa puste przedstawienia, zupełnie obce zaleceniom Chrystusa lub, podążając za przykładem biskupów, zrzucając ten obowiązek na barki innych. Wynajmowanie urzędów kapłańskich stało się równie powszechne, jak wynajmowanie gospodarstw rolniczych. Duchowe zarządzanie Kościołem ustanowione przez Chrystusa zanikło zupełnie. W jego miejsce pojawiło się całe mnóstwo wypaczonych sposobów prowadzenia Kościoła. Różnią się one tak bardzo od pierwotnej doktryny, jak świat różni się od Królestwa Chrystusowego.
     Jeśli ktoś sprzeciwi się memu stwierdzeniu, że nie powinno się przypisywać winy tym, którzy zaniedbują swoje obowiązki, odpowiem, że jest to zjawisko bardzo powszechne, które przestało nawet wzbudzać ogólne oburzenie. Co więcej, biskupi i podlegli im prezbiterzy, rezydując w swoich parafiach i wykonując swoje zawodowe obowiązki, nie budują prawowitej instytucji Kościoła na ziemi. Wyśpiewują, wypowiadają tysiące niezrozumiałych słów, odprawiają niezliczone obrzędy, rzadko kiedy (jeśli w ogóle) podejmując się urzędu nauczycielskiego. Według przykazania Chrystusa żaden człowiek nie ma prawa sprawowania urzędu biskupa lub pastora, jeśli nie karmi swej owczarni Słowem Bożym.
     Zarządzający Kościołem powinien przewyższać cnotami swych podwładnych, świecić nienagannym przykładem bogobojnego życia. Czy żyją oni według wymogów swego powołania? W czasach ogólnej korupcji współczesnego świata urząd kapłański jest szczególnie narażony na wszelkie niegodziwości. Jakże pragnąłbym, żeby niewinność kapłanów obaliła moje zarzuty! Jawne jest jednak ich znieprawienie, niezaspokojone skąpstwo, zachłanność, nieznośna pycha i okrucieństwo. Nieprzystojne burdy, tańce, gry i rozrywki, pławienie się w niepohamowanych namiętnościach powszechnie panują w ich domach. Chlubią się swym luksusem poczytując go za zaletę.
     Swój stan kapłański uważają za powód do okazywania im szacunku. Wstydem ogarnia mnie odkrywanie ich potworności. Gdyby przemilczanie mogło naprawić błędy, stłumiłbym w sobie powinność piętnowania. Widoczne objawy znieprawienia wzbudzają wystarczający niepokój, nie będę zatem mówił o tych dziejących się w ukryciu. Ilu księży czystych jest od zarzutu rozpusty? Ile z ich domów zostało zbrukanych codziennym aktem lubieżności? Ileż szanowanych rodzin splugawili swymi próżniaczymi pożądliwościami? Nie jest moim zamierzeniem wystawianie na światło dzienne ich hańbiących występków. Warto jednak dostrzec przepaść między postępowaniem dzisiejszych kapłanów a prawdziwych sług Chrystusa i Jego Kościoła a celami, do których powinni podążać.
     Równie ważną sprawą kościelnego zarządzania są prawowite i odbywające się regularnie wybory oraz ordynacja zarządzających. Słowo Boże powinno stanowić standard, według którego dokonuje się tych wyborów. Istnieje również wiele dekretów zgromadzeń pierwotnego Kościoła, które z całą rozwagą i szczegółowo omawiają poprawną formę wyborów. Niechaj nasi przeciwnicy poszczycą się choćby jednym przykładem kanonicznych wyborów, a przyznam im zwycięstwo. Duch Święty ustami Pawła w listach do Tymoteusza i Tytusa oraz ojcowie nasi poprzez starożytne prawa mówią, czym powinien cechować się duchowny i jakie powinien spełniać warunki. W obecnych czasach niewiele z tego jest przestrzegane. Jakże niewielu, podniesionych do rangi urzędu duchownego, obdarzonych jest, choćby w niewielkim stopniu, cechami koniecznymi do sprawowania funkcji kościelnych. Można dostrzec, z jaką pieczołowitością apostołowie wybierali swych następców, jak kościół w swych początkach podążał za ich wzorcem i to, jak bardzo pierwotne kanony były przestrzegane. Czyż dzisiaj nie zostały one wzgardzone i odrzucone? Dziś wszystko, co uczciwe i zgodne z nakazami, zostało pogwałcone, a urzędy zdobywa się haniebnymi, ohydnymi metodami. Powszechnym zjawiskiem jest kupowanie stanowisk kościelnych za wyznaczoną cenę, na drodze przemocy, nikczemnym czynem lub plugawymi pochlebstwami. Zdarzają się czasem przypadki opłat za stręczycielstwo i tym podobne usługi. Krótko mówiąc, ludzie dopuszczają się znacznie podlejszych czynów w zdobywaniu urzędów duchownych niż świeckich.
     Gdybyż tylko wysocy rangą w Kościele, nadużywając swego stanowiska, grzeszyli przeciwko sobie lub wypaczali innych swym złym przykładem! Całe zło polega jednak na tym, że posługują się tyranią. I to tyranią nad naszymi duszami. To, czym chlubi się dzisiejszy kościół, to bezprawne, rozwiązłe, niczym nie ograniczone rozporządzanie naszymi duszami i zaprzęganie ich w nędzną niewolę.
     Chrystus obdarzył apostołów władzą porównywalną z tą, jaką Pan Bóg nadał prorokom – władzę dokładnie zdefiniowaną, a mianowicie działanie jako posłowie Jego woli wśród ludzi. Niezmienne prawo mówi, że każdy, komu powierzono owe zadanie, musi wiernie i głęboko religijnie podporządkowywać się Jego zaleceniom. Wyraził to Chrystus w swym poruczeniu: Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego co wam przykazałem (Mat. 28, 19-20), a nie według własnych upodobań. Jeśli ktoś zapyta, z czyjego ramienia mają prawo tak działać, przytoczę definicję Piotra, który gorąco nakazuje: Jeśli kto mówi, niech mówi jak Słowo Boże (1 P. 4,11).
     Jednak współcześni duchowni roszczą sobie prawo głoszenia tego, co im się podoba i nalegają na bezwarunkowe posłuszeństwo. Sankcjonowanie tego, czego nie objawił Duch Święty, jest jawną potwarzą. Stosownie do tego twierdzą, że nie podporządkowują sumienia wierzących ich własnym potrzebom i kaprysom, a jedynie wyroczniom Ducha Świętego, który rzekomo został im objawiony, którego rzekomo swą posługą potwierdzają i obwieszczają wiernym.
     Zaiste przemyślnym pretekstem posługują się! Nikt nie wątpi w to, że cokolwiek Duch Święty przekazuje nam przez ich ręce, powinno być wielce szanowane. Czyż nie jest miarą ich kaprysów twierdzenie, że są prawdziwymi orędownikami Słowa Ducha Świętego, gdyż to On nimi kieruje, i przypisywanie sobie monopolu na prawdę? Bo jeśli wszystkie ich dekrety bez wyjątku mamy przyjmować jako ostateczne wyrocznie, nie istnieje zatem żadne ograniczenie ich władzy. Któryż z tyranów bardziej okrutnie nadużywał cierpliwości swych podwładnych usilnie twierdząc, że wszystko, co pochodzi z Jego ust, powinno być przyjęte jako Boskie przesłanie? Różnym tyranom udawało się zmuszać do przestrzegania swych dekretów. Ci jednak żądają znacznie więcej. Musimy wierzyć, że to Duch Święty mówi do nas, kiedy w rzeczywistości każą nam wierzyć we własne wymysły.
     Jakże ciężki i niesprawiedliwy jest ów rodzaj niewolnictwa, kiedy to duchowni w bezmiarze swej władzy ujarzmiają dusze wiernych. Piętrzą się wciąż nowe prawa, zastawiające sidła ludzkiemu sumieniu. Prawa te nie ograniczają się do spraw zewnętrznego porządku lecz dotyczą wewnętrznego i duchowego kierowania duszą. Zagubić się można w labiryncie ich mnogości. Wydaje się, że wiele z nich powstało właśnie na użytek zamęczania i torturowania sumienia. Respektowanie owych praw jest niezwykle surowe, jakby to ono stanowiło sedno pobożności. Jeśli łamie się przykazania Boskie zadaje się wiernym pobłażliwą pokutę. Sprzeniewierzenie się dekretom ludzkim wymaga natomiast surowego odpokutowania. Ktokolwiek odważy się sprzeciwić w najmniejszym stopniu narzucaniu tak gnębiącego jarzma, od razu potępiony jest jako heretyk. Dawać upust swemu niezadowoleniu jest poważną obrazą. Aby jeszcze wzmocnić swą nieznośną dominację przez okrutne dekrety, duchowni ci stają na przeszkodzie czytania i rozumienia Pisma Świętego, gromiąc przy tym jakikolwiek odruch kwestionowania ich władzy. Rygor ów potęguje się z każdym dniem, uniemożliwiając podważanie doktryny religijnej.
     W czasach, kiedy Boża Prawda leży pogrążona w ciemnościach, religia skalana jest tysiącem świętokradczych przesądów, oddawanie czci Bogu zniekształcone jest bluźnierczymi praktykami, a Jego cześć pogwałcona, kiedy cały ogrom fałszerstw nakazuje nam wątpić w odkupienie, a pokładać ufność w uczynkach i szukać wybawienia wszędzie poza Chrystusem, kiedy udzielanie sakramentów uległo wypaczeniu i rozczłonkowaniu poprzez dodanie licznych wymysłów, sprofanowane zostało chęcią zysków, kiedy to zarządzanie Kościołem cechuje totalny chaos, kiedy to piastujący urzędy kościelne narażają Kościół na szwank swym rozpustnym życiem i bezlitosną tyranią nad ludzkimi duszami, wiodąc je jak owce na rzeź, wówczas to pojawił się Luter i inni, którzy wspólnymi siłami szukali środków i metod, dzięki którym religia doznałaby oczyszczenia ze stanu hańby, doktrynie przywrócona byłaby spójność, a kondycja Kościoła wyciągnięta z obecnej nędzy. Dziś pragniemy podążyć tą samą drogą.

2. Środki zaradcze służące naprawie zła

     Przejdę teraz, jak obiecałem, do rozważania remedium ku poprawie błędów, nie mówiąc o sposobach, jakimi się posługujemy (którymi zajmę się później), ale o celowości działań, na których końcu jest znacząca poprawa nędznej kondycji Kościoła. Byliśmy i nadal jesteśmy ofiarą wielu oszczerstw, czy to wprost w kazaniach, czy w spotwarzaniu w pismach naszych przeciwników. Szkalowanie jest ich jedynym celem. Ale wyznanie naszej wiary przedstawione Waszej Wysokości jest jawne dla świata i dobitnie świadczy, jak niezasłużenie dokucza się nam ohydnymi zarzutami. Zarówno w przeszłości, jak i obecnie gotowi jesteśmy dać wykład naszej doktryny. Jednym słowem, nie istnieje doktryna nauczania w naszym Kościele inna niż ta, którą głośno wyznajemy. Jeśli chodzi o kwestie sporne, są one w sposób klarowny i uczciwy wyjaśnione w wyznaniu naszej wiary. Wszelkie szczegóły z nią związane były tematem obfitych i sumiennych prac naszych pisarzy. Jakże niesprawiedliwie stawia nam się zarzut bezbożności. Nasi reformatorzy podjęli się nie lada zadania, budząc świat z mroków ignorancji, nakłaniając do czytania Słowa Bożego, sumiennie pracując nad Jego wykładnią i rzucając światło na pewne aspekty doktryny o praktycznej wadze. Natomiast wiele obecnych kazań cechuje duża frywolność, rozbrzmiewają w nich kłótliwe pytania, rzadko odnoszące się do Biblii. Zarządzający Kościołem nie ustają w swych zabiegach zabezpieczenia swych zysków. Dlatego też pozwalają na wszystko, co napełnia ich kiesę. Nawet najbardziej do nas uprzedzeni, jakkolwiek zniesławiliby naszą doktrynę, przyznają, że wielu spośród nas naprawia istniejące błędy.
     Skłonny jestem przyznać, że wszelka korzyść, jaką czerpie Kościół z naszych wysiłków, i tak uczyni nas winnymi, jeśli uchybimy czystości doktryny choćby w najmniejszym stopniu. Prześledźmy zatem całość naszej doktryny, formę szafowania sakramentami i zarządzania Kościołem. Żaden z tych trzech aspektów nie zmienił się od czasów starożytnych, chyba że próbując Kościołowi przywrócić dokładną formę według Słowa Bożego. Wracając do podziału, który wcześniej przyjęliśmy, zastrzeżenia dotyczące doktryny odnoszą się zarówno do prawowitego sposobu oddawania czci Bogu, jak i podstaw do zbawienia. Usilnie nakłaniamy do tego, aby wysławianie Boga nie było ani oziębłe, ani beztroskie, a podkreślając sposób wyrażania wiary, nie ignorujemy jej ostatecznego celu, ani żadnego istotnego elementu. Obwieszczamy chwałę Boga bardziej wzniośle, niż czyniono to niegdyś i nie szczędzimy wysiłków, aby Jego chwała się umocniła. Wychwalamy Jego orędownictwo nad nami, przypominając innym o należytym szacunku, składaniu hołdu Jego wielkości, czując należytą wdzięczność za okazane łaski, łączymy się we wspólnym Jego wysławianiu. W ten sposób serca ludzi wypełniają się całkowitym zaufaniem, które otwiera drogę modlitwie. To z kolei prowadzi do prawdziwego zatracenia samego siebie, podporządkowania naszej woli Bogu i wyrzeczenia się namiętności. Tak jak Bóg żąda, aby wyznawać Go duchem, tak też gorliwie nakłaniamy ludzi do duchowych ofiar miłych Bogu.
     Nawet nasi wrogowie nie są w stanie zaprzeczyć naszej wytrwałości w nawoływaniu ludzi do pokładania ufności w Bogu, jako jedynym źródle wszelkiego dobra, zawierzenia Jego potędze, szukania wytchnienia w Jego dobroci, polegania na Jego prawdzie, zwracania się doń całym sercem, składania całej nadziei w Nim i uciekania się do Niego w chwilach próby. Jemu przypisujmy całą naszą pomyślność i czyńmy to, otwarcie Go chwaląc. Aby każdy znajdował przystęp do łask Bożych obwieszczamy, że pełnia błogosławieństw otwiera się na nas w Chrystusie i z niej możemy czerpać w każdej potrzebie. Nasze pisma i kazania świadczą o tym, jak często i skwapliwie zalecamy prawdziwą skruchę, nalegając na wyzbycie się cielesnych i rozumowych pobudek, jak i samego siebie, tak, abyśmy w posłuszeństwie żyli już nie dla siebie lecz dla Boga. Jednocześnie nie ujmujemy wartości zewnętrznym działaniom i uczynkom charytatywnym, które są konsekwencją wcześniejszego odnowienia w wierze. Jest to jedyna pewna i niezawodna forma uwielbienia Boga, miła Mu, gdyż wynika z Jego Słowa. Są to jedyne ofiary Chrześcijańskiego Kościoła sankcjonowane przez Niego.
     Skoro w naszym Kościele jedynie Bóg jest nabożnie adorowany bez żadnych zabobonów, Jego dobroć, mądrość, moc, prawda i inne cnoty głoszone bardziej otwarcie niż gdziekolwiek indziej, dlatego też w prawdziwej wierze wzywa się Jego imienia w imię Jego Syna. Jego miłosierdzie czczone jest sercem i ustami, a wiernym przypomina się bez ustanku o konieczności szczerego posłuszeństwa; krótko mówiąc, tylko to, co uświęca Jego Imię jest obecne w naszym wyznaniu wiary. Jaki powód zatem mają ci, którzy mienią się chrześcijanami, aby trwać w swej zatwardziałości do nas.
     Po pierwsze, miłując ciemności miast światła, nie mogąc tolerować ostrza naszej krytyki wymierzonej przeciw, powszechnie szerzącemu się, skandalicznemu bałwochwalstwu, dobitnie wyrażamy swój protest przeciw wszelkim obrzydliwościom, takim jak wielbienie Boga przez wizerunki, fikcyjną adorację Jego imienia, wznoszenie próśb do świętych i boską cześć oddawaną kościom zmarłych. Z tego powodu wrogowie nasi przeklinają nas i pomstują jak na heretyków, którzy ośmielili się obalić powszechnie aprobowany styl oddawania czci Bogu. Posługują się oni nazwą „kościół" tak, jakby to ona sama była tarczą ochronną ich działań. Jakże zuchwale jest udawać, że są prawdziwymi wyznawcami Boga, podczas gdy ich perwersyjne, zbrodnicze występki pozostają jawne, a ich znieprawienia nie dają się ukryć. Zarówno nasi przeciwnicy, jak i my sami wyznajemy przed obliczem Boga, że bałwochwalstwo jest wstrętną zbrodnią. Kiedy jednak krytykujemy oddawanie czci wizerunkom Bóstwa, wrogowie nasi przyjmują odmienną pozycję, użyczając swego poparcia zbrodni, którą w swych słowach wspólnie z nami potępili. Cóż bardziej absurdalnego, jak potępiać grzeszne praktyki bałwochwalcze, a później przysposobić je na grunt kościoła łacińskiego. Wytrwale i zacięcie bronią oni czczenia wizerunków zaprzeczając, że oddawanie im pokłonu jest równe z Boskim uwielbieniem. Czy istnieje jednak jakaś różnica między starożytnym bałwochwalstwem a ich praktykami? Bałwochwalcy udawali przecież, że czczą niebiańskich bogów, choć pod postacią ich materialnych wyobrażeń. Czyż nie to samo czynią współcześni bałwochwalcy? Czy Bóg przyjmie ich pokrętną retorykę? Czyż prorocy ustali w potępianiu szaleństwa Egipcjan tylko dlatego, że z sekretnych misteriów ich teologii próbowali konstruować subtelne różnice, którymi chcieli ukrywać swoje bałwochwalstwo? Czyż to, co Żydzi adorowali jako wyobrażenie Boga [w chwilach odstępstwa], nie było również w istocie swojej oddawaniem czci mocom szatańskim? Poganie – mówi św. Ambroży (Ps. 118) – czczą drewno uznając je za wyobrażenie Boga, podczas gdy Bóg istnieje w tym co niewidzialne. Jakiż jest więc sens czołobitnie oddawać cześć wizerunkom tak, jakby Bóg był w nich obecny? Po cóż więc przypisywać moc i łaskę obrazom i rzeźbom, po cóż uciekać się do nich w modlitwie?
     Nie nadmieniłem jeszcze poważniejszych zabobonów, a te również są domeną nie tylko ludzi prostych, lecz cieszą się ogólną aprobatą. Przystrajanie bożyszczy kwiatami, kapliczkami, ozdobnymi szatami, wstęgami i różnymi błahostkami oraz stojącymi obok skarbonkami jest kolejnym z przesądów. Zapala się bożkom światełka, pali kadzidła i obnosi się ich uroczyście na procesjach. Modląc się do wyobrażenia św. Krzysztofa bądź Barbary wypowiada się słowa modlitwy Pańskiej i anielskiego pozdrowienia. Im ładniejszy i bardziej zawoalowany w swej wymowie wizerunek, tym większa jego doskonałość i siła cudotwórcza. Niektóre z wyobrażeń przypuszczalnie potrafią mówić, gasić ogień własnymi stopami, inne mają zdolność przemieszczania się w inny wymiar, a o jeszcze innych mówi się, że przybyły z niebios. Podczas gdy cały świat roi się od tych i podobnych iluzji, my, którzy przywróciliśmy kult Boga na kształt Jego słowa, którzy pozostajemy bez winy w tym względzie i którzy oczyściliśmy Kościół zarówno z bałwochwalstwa, jak i przesądów, jesteśmy oskarżani o naruszenie spokoju oddawania czci Bogu, odrzucając kult wizerunków. My nazywamy takie postępowanie bałwochwalstwem, oni zaś chwaleniem Boga [idolodulia].
     Oprócz jasnych dowodów, które potwierdza Biblia, stoi za nami autorytet pierwotnego Kościoła. Pisarze tego okresu przedstawiają nadużywanie wizerunków przez pogan w taki sam sposób, w jaki my obserwujemy je w dzisiejszym świecie. Ich spostrzeżenia i krytyka nie straciły na swej aktualności.
     Co do zarzutu o obalenie wizerunków, kości i innych relikwii świętych odpowiadamy, że nie powinno się w nich postrzegać niczego innego, jak tylko oddawanie czcić mocom szatańskim. Powody pozbycia się owych nadużyć są takie same, jakie miał Ezechiel niszcząc wyobrażenia bożków. Pewne jest, że bałwochwalczej manii [idolmania], którą zafascynowany jest ludzki umysł, nie da się wyrugować inną drogą, jak poprzez fizyczne pozbycie się źródła zauroczenia. Absolutna prawda zawiera się w opinii św. Augustyna (Ep. 49): Żaden człowiek nie potrafi modlić się i oddawać czci spoglądając na wizerunek bez wrażenia, że tenże wsłuchuje się w słowa jego modlitwy. Podobnie jak w Psalmie 115,4 powiada on, że wyobrażenia ze złota i srebra posiadające usta., oczy, uszy stopy są skuteczniejsze w wyprowadzanie zbłąkanej duszy na manowce niż przywracaniu jej na właściwą drogę ponieważ nie potrafią ani mówić, widzieć, słyszeć, ani chodzić. Także mówi: Efekt wywołany uzewnętrznieniem wyobrażenia bożka jest taki, że dusza zamieszkująca ciało sądzi, że wizerunek, na który spogląda, jest niezwykle podobny człowiekowi, gdyż posiada zbliżoną zdolność percepcji.
     Jeśli chodzi o szczątki, niewiarygodna wydaje się zuchwałość, z jaką wprowadza się wiernych w błąd. Przykładem mogą tu być trzy istniejące relikwie związane z faktem obrzezania Naszego Zbawiciela, podobnie jak eksponowanych czternaście gwoździ, których rzekomo użyto do przybicia Go do krzyża (w rzeczywistości użyto trzech); trzy szaty, o które strażnicy rzucali losy; dwie inskrypcje umieszczone na krzyżu; trzy włócznie, którymi ponoć przebito bok Chrystusowy i około pięciu kompletów płótna, którymi przyobleczono martwe ciało Zbawiciela i złożono do grobu. Poza tym nakazuje się wierzyć w autentyczność przedmiotów z uczy Pańskiej i niezliczoną ilość tym podobnych fałszerstw. Każdy święty ma swoje dwa lub trzy wizerunki. Mogę podać miejsce spoczynku kawałka pumeksu, przez długie lata cieszącego się głębokim szacunkiem jako czaszka św. Piotra. Przyzwoitość nakazuje mi powstrzymać się od wymienienia innych, równie bałwochwalczych, przykładów. Niezasłużenie więc przypisuje się nam winę, kiedy dbamy o oczyszczenie Kościoła z owych wypaczeń.
     W odniesieniu do sposobu oddawania czci nasi przeciwnicy stawiają nam zarzut prostoty w Jego wyznawaniu. Odrzucamy wszelkie puste i dziecinne zachowywanie obrządków zakrawające na hipokryzję. Wyznajemy Go w sposób duchowy, mistyczny, przywracając posłudze pierwotną rangę. Przyjrzyjmy się, czy zarzut stawiany nam, jest słuszny. Co do doktryny jesteśmy zgodni ze słowami proroków. Równie wytrwale potępiamy fałszywe wyobrażenie, że kult Boga powinien posiadać formę zewnętrzną. Do czego sprowadzają się ich oświadczenia? Otóż, że Bóg nie jest obecny i nie ceni sobie ceremoniału dla samego tylko ceremoniału. Dostrzega jedynie wiarę i szczerość serca. Jedynym celem, jaki nam nakazał i jaki pochwala, jest życie w wierze, modlitwie i uwielbieniu. Pisma wszystkich proroków pełne są starań, aby przekonać nas o słuszności takiego życia. Nie da się zaprzeczyć, że przed wystąpieniem naszych reformatorów świat bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, był ofiarą owej ślepoty. Absolutnie koniecznym wydawało się upominać ludzi słowami proroków i odciągać ich od zauroczenia ich kultem wyobrażeń tak, aby nie wierzyli w Boskie upodobanie do obrzędów. Trzeba było przypominać o duchu wyznawania Boga, gdyż ta forma zamilkła prawie w umysłach ludzi. Czyniliśmy i czynimy nadal starania w tym względzie, zarówno poprzez pisma, jak i kazania.
     Istnieje pewna różnica w krytyce obrzędów i ich mnogości między nami a prorokami. Pomstowali oni wszakże przeciw ograniczaniu oddawania czci Bogu do zewnętrznego rytu.
     My natomiast potępiamy fakt, że tym samym szacunkiem obdarzają ludzie wszelkie frywolności własnego autorstwa. Prorocy potępiają wszelkie zabobony, nie dotykając jednak wielu ceremoniałów, które Bóg ustanowił i które były użyteczne i stosowne w czasach dominującego pogaństwa. Tymczasem naszym celem jest korygowanie licznych rytów, które niepostrzeżenie wdarły się lub zmieniły w bałwochwalcze, a co więcej, nie przystają do naszych czasów. W istniejącym zamieszaniu co do istoty obrzędów, nie wolno nam zatracić różnicy między starymi a nowymi wytycznymi prawa oraz świadomości faktu, że przestrzeganie ceremoniału było użyteczne w okresie obowiązywania Prawa, dziś jest zbyteczne, fałszywe i absurdalne.
     Przed objawieniem się Chrystusa, obrządki i ceremonie zwiastujące Jego przyjście pielęgnowały w sercach wiernych nadzieję na owo wydarzenie. Teraz, kiedy Jego chwała jest wszechmocna, ceremoniał przesłania tylko prawdziwą Jego istotę. Sam Pan Bóg odwołał wiele wcześniej zalecanych obrządków. Św. Paweł wyjaśnia tego przyczyny. Po objawieniu się nam Chrystusa w postaci cielesnej wiele z wcześniejszych wzorców zostało wycofanych. Poza tym Bóg znajduje przyjemność w nauczaniu Kościoła nowego rytu (Gal. 4,5; Kol. 2, 4, 14,17). Skoro Bóg uwolnił Kościół od więzów, które wcześniej narzucił, nie ma nic bardziej przewrotnego jak tworzenie nowych pęt w miejsce starych. Skoro Bóg zaleca oszczędność w obrzędowości, jakże zarozumiałym ze strony człowieka jest ustanawiać ceremoniały, które w oczywisty sposób są przez Niego odrzucane.
     Najgorszą rzeczą jest to, że choć Bóg tak często surowo zabraniał oddawania mu czci na sposób ludzki, jest to jedyna istniejąca dziś forma Jego kultu. Na jakiej podstawie nasi przeciwnicy wykrzykują zarzut, że rozpraszamy kwestie religii? Po pierwsze nie przyczyniliśmy się do niczego, czemu Chrystus byłby przeciwnym, zwłaszcza gdy obwieszcza, że na próżno czcimy Boga ludzkimi tradycjami. Gdyby tylko ludzie marnotrawili swoje starania, nadaremne oddawanie czci byłoby jeszcze do zaakceptowania. Bóg niejednokrotnie w Biblii zabrania nam czcić Go inaczej niż wedle Jego Słowa. Skoro deklaruje swoje głębokie oburzenie z powodu ludzkiej zarozumiałości w tworzeniu fałszywego rytu i mówi o surowym ukaraniu owych praktyk, dlatego też zmiany, które wprowadziliśmy, były wymogiem palącej konieczności.
     Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest przekonać świat, że Bóg odrzuca, wręcz czuje wstręt do wszelkich praktyk religijnych, będących wymysłem ludzkim. Złudzenie ludzkie co do ich słuszności wynika z wielu przyczyn. Każdy wysoko ceni samego siebie – mówi stare przysłowie. Znajdujemy zatem upodobanie w wytworach naszego umysłu. Poza tym, jak przyznaje św. Paweł, fikcyjne oddawanie czci jest popisem ludzkiej mądrości. (Kol. 2,23) Obrzędy, posiadające bogatą zewnętrzną szatę są miłe dla oka i bardziej odpowiadają naszej cielesnej naturze, niż te mniej widowiskowe, aprobowane i polecane przez Boga. Hipokryzja zaślepia ludzkie umysły i odbiera im zdolność zdrowego osądu. Choć jest naszym obowiązkiem oddawać się całym sercem i umysłem wielbieniu Boga, ludzie zawsze pragną tworzyć sposób służenia Mu całkowicie odbiegający od Jego norm. Ciałem przestrzegają pewnych zwyczajów, zaś umysł nie bierze w nim udziału. Co więcej, wyobrażają sobie, że poprzez zewnętrzną wystawność unikają konieczności ofiarowania samych siebie. To powód, dla którego oddają się obchodom niezliczonych rytuałów, w których tkwią, jak w nieustannym labiryncie zamiast w prostocie czcić Boga w duchu i prawdzie.
     Jest to zwykłe oszczerstwo, kiedy nasi przeciwnicy oskarżają nas o przyciąganie nowych wyznawców ustępliwością i pobłażliwością. Gdyby dane im było wybierać, wierni przystaliby na naszą doktrynę kultu Boga. Łatwo jest szafować słowami „wiara i pokuta”, trudno jest jednak je ćwiczyć. Kto jednak buduje kult Boga z tych dwu elementów potrafi trzymać w ryzach swe namiętności i skłania wiernych do podążania trudną drogą. Fakty są niezwykle przekonujące, że tak właśnie traktujemy naszą wiarę. Ludzie pozwalają się zniewolić licznym surowym prawom, być poddawanymi żmudnym praktykom religijnym i narzucać sobie ciężkie jarzmo. Nie istnieje takie utrudnienie, któremu nie poddaliby się pod warunkiem, że duchem pozostają wolni. Wygląda na to, że nic innego nie wzbudza większego sprzeciwu w umyśle ludzkim, jak duchowa prawda, stały temat naszych nauczań. Nic też nie wydaje się bardziej pociągającego, jak widowiskowość rytu, na którą tak bardzo nalegają nasi przeciwnicy. Sam majestat Boga skłania do poszukiwania Go duchem. Sami nie jesteśmy w stanie niczego osiągnąć, nie możemy zatem zwolnić się z oddawania Mu czci. Szukamy środków zastępczych, aby nie wchodzić z Nim w bezpośredni kontakt, a zewnętrzne obrzędy stają się maską skrywającą ukryte zło naszych serc. Aby nie angażować ducha, ludzie stosują się do przepisów przestrzegania różnych zwyczajów, te z kolei stają się murem oddzielającym ich od Boga. Z wielką niechęcią świat rezygnuje z owych wybiegów. Stąd wzmaga się okrzyk oburzenia przeciwko nam, że ukazujemy ludziom światło dnia, że wydobywamy ich z tajemnych miejsc, w których igrają z Bogiem.
     W modlitwie pragniemy naprawić trzy elementy. Odrzucając orędownictwo świętych prowadzimy ludzi do Chrystusa, aby nauczyli się wzywać Boga Ojca w imię Chrystusa i odbierać Go jako pośrednika. Uczymy się modlić i pokładać w Nim niezachwiane zaufanie oraz rozumieć słowa wypowiadanej modlitwy. W tym względzie obsypuje się nas przykrymi zarzutami, że obelżywie traktujemy postacie świętych i pozbawiamy wiernych cennego przywileju ich orędownictwa. Odrzucamy jednak obydwa zarzuty.
     Święci mogli osiągnąć swój stan dzięki łasce Chrystusa. Nie pozbawiamy ich należnej czci, a jedynie tej, którą ludzka omylność przesadnie ich obdarzyła. Mówiąc o stosunku do modlitwy poprzestanę na łatwo zauważalnych faktach. Ludzie błędnie wyobrażają sobie, iż w czasie modlitwy Bóg i tak pozostaje w ukryciu i nie mają do Niego bezpośredniego dostępu, chyba że poprzez swojego patrona. Jest to powszechne przekonanie zarówno wykształconych, jak i ubogich duchem. Szukając patrona, każdy podąża za swoją fantazją, wybierając Marię, św. Michała czy Piotra. Rzadko pojawia się tu imię Chrystusa. Zdziwienie ogarnia wiernych słuchających o cudotwórczej roli Chrystusa jako naszego pośrednika z Bogiem. Ignorując Chrystusa, zawierzają swe orędownictwo świętym. Przesąd ów zakorzenia się w umysłach coraz pewniej. Przywołują imiona świętych w ogromnej mnogości, czyniąc ich równych Bogu. Proszą swych patronów o wspomożenie ich modlitwy do Boga. Często jednak zdarza się, że pod wpływem nagłego impulsu, zatracają świadomość różnicy ról, wznosząc błagania raz do Boga, raz do świętych. Każdy święty ma przypisaną swoją sferę opieki. Jeden zsyła deszcz, inny dobrą pogodę, jeden wybawia nas z choroby, jeszcze inny ratuje z tonącego statku. Najgorsze jednak z owych wszechobecnych pogańskich fałszerstw jest to, że większość ludzi, korzystając z rzekomych usług swych świętych mediatorów, lekceważy Chrystusa, jedynego pośrednika zesłanego nam przez Boga. Mniej zawierzają Boskiej opiece niż orędownictwu świętych.
     Nasi cenzorzy, nawet ci, którzy oddają nam nieco sprawiedliwości, obwiniają nas o nadgorliwość w odrzucaniu uciekania się do świętych w modlitwach. Czy potrafią jednak wskazać na miejsce, gdzie leży nasza wina? Czy na tym polega nasz grzech, że ściśle przestrzegamy reguł danych przez Chrystusa, najwyższego nauczyciela? Przez proroków, apostołów, nie pomijając Ducha Świętego, którego nauka zawarta jest w Biblii, i wykonawców woli Bożej od początku świata aż do apostołów? Żadnego tematu nie porusza Duch Święty tak dogłębnie, jak właściwej modlitwy. Nie wspomina jednak ni słowem choćby o odwoływaniu się do zmarłych świętych. Wiele starych modlitw wypowiada się dziś. Żadna jednak z nich nie ucieka się do wymieniania świętych.
     Rzeczywiście czasem zdarzało się, że Izraelici usilnie prosili Boga o wspomnienie Abrahama, Izaaka, Jakuba czy Dawida. Czyniąc to jednak mieli na względzie odwoływanie się do przymierza, które Bóg z nimi zawarł, i prośbę o błogosławieństwo. Przymierze łaski, odnowione w Chrystusie, otrzymali już prorocy dla siebie i przyszłych pokoleń. Tak więc naród Izraelitów, wspominając patriarchów, nie szukał orędownictwa zmarłych lecz odnosił się do obietnicy, złożonej im do czasów pełnego jej odnowienia przez osobę Chrystusa. Jakże zatem możemy odrzucać formę modlitwy zaleconą nam przez Boga, a dobrowolnie i z zamiłowaniem wplatać w nią pośrednictwo świętych.
     Konkludując, powtórzę za św. Pawłem, że tylko ta modlitwa jest prawdziwa, która rodzi się z wiary, wiara zaś bierze się ze słuchania słowa Bożego. Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy nikt im nie głosił? (Rz. 10,14) W słowach tych dał nam jasno do zrozumienia, że Słowo Boże jest jedynym, prawdziwym fundamentem modlitwy. W wielu innych miejscach podkreśla, że każdy czyn powinna poprzedzać wiara. Z niej bowiem wszystko wynika, na przykład zaufanie do opatrzności Bożej. Wiara jest więc szczególnym, koniecznym warunkiem w szczerej modlitwie, jak również w każdym innym ludzkim przedsięwzięciu. Bóg sam wkłada słowa modlitwy w usta modlącego się. Ma ona wielką moc, której nawet bramy piekielne nie są w stanie przemóc.
     Skoro istnieje jasny przepis, aby w modlitwie wzywać tylko imienia Bożego, skoro wstawiennictwo jedynego Pośrednika zjednuje nam łaski, skoro obietnica była nam dana, że cokolwiek prosimy w imię Jednorodzonego przydarzy się nam, proszę zatem wybaczyć, że zwracamy się i podążamy za prawdą Bożą, odrzucając fałsz innych. Na tych, którzy są przekonani o słuszności powoływania się na pośrednictwo zmarłych i ufność w łatwiejsze spełnienie ich próśb, spoczywa obowiązek udowodnienia takiego postępowania. Muszą dowieść jednej z dwu rzeczy: albo, że tak uczy ich Słowo Boże, albo też, że mają inne prawo, pozwalające im modlić się na swój sposób. Jasne jest, że pozbawieni są w tym względzie autorytetu Biblii, jak i aprobaty innych źródeł. Co do drugiej kwestii, św. Paweł oświadcza, że nikt, poza tymi, których Bóg powołał do tego, nie jest w stanie wzywać imienia Boga. Na tych dwóch zasadach opiera się ufność, którą syci się bogobojny umysł w oddaniu modlitewnym.
     Ludzie zwracają się w modlitewnych błaganiach, wątpiąc jednak w spełnienie się ich próśb, gdyż ani nie opierają się na obietnicy złożonej przez Boga, ani nie dostrzegają mocy, którą mają w swym pośredniku Jezusie Chrystusie, przez którego wszystko, o co proszą, może się spełnić. Bóg nakłania nas do pozbycia się wątpliwości: I wszystko o cokolwiek byście prosili w modlitwie z wiarą, otrzymacie (Mat. 21,22). Przeto modlitwa, wywodząca się z wiary, miła jest Panu, podczas gdy modlitwa, której towarzyszy niedowierzanie, oddala nas od Niego. To właśnie wyznacza różnicę między szczerym przyzywaniem Boga w modlitwie a bluźnierczymi, chaotycznymi modlitwami pogan. Gdzie brakuje wiary, modlitwa przestaje być bowiem uwielbianiem Boga. Mówi o tym apostoł Jakub: Ale niech prosi z wiarą, bez powątpiewania; kto bowiem wątpi, podobny jest do fali morskiej, przez watr tu i tam miotanej. (Jk.. 1,6) Nie dziwi więc, że każdy, kto nie pokłada nadziei w Chrystusie, prawdziwym pośredniku, ulega wahaniom i niedowiarstwu. Jak zapewnia Święty Paweł, tylko przez Chrystusa nabieramy pewności, zaufania i dostępu do Boga Ojca. Dlatego też uczymy ludzi przychodzić do Chrystusa, nie wątpić i nie ulegać wahaniom w modlitwie, jak to wcześniej mieli w zwyczaju. Uczymy, jak znajdywać pokój, płynący ze słowa Bożego, słowa, które gdy raz przeniknie duszę, wypędza z niej wszelką wątpliwość niezgodną z prawdziwą wiarą.
     Pozostaje teraz poruszyć trzeci fałsz co do istoty modlitwy. Ludzie modlą się, używając niezrozumiałych słów, podczas gdy my nauczamy, aby modlić się, wypowiadając słowa modlitwy ze zrozumieniem. Modlący się w samotności powinien wiedzieć, o co prosi Boga. Również wspólne modlitwy w naszym kościele zbudowane są w ten sposób, aby były zrozumiałe dla wszystkich. Podyktowane jest to naturalną koniecznością, nawet jeśli sam Pan Bóg nie pozostawił tu swego pouczenia.
     Celem modlitwy jest przedstawienie Bogu naszych próśb, potrzeb i odkrycie się przed Nim całym sercem. Nie ma nic bardziej błędnego niż bezmyślne i bez zrozumienia wylewane słowa modlitwy. Niezrozumienie idei modlitwy sięga czasem absurdalnych rozmiarów. Modlitwa z użyciem pospolitych słów jest dla niektórych obelgą przeciw religii. Mógłbym tu wymienić imię arcybiskupa, który groził więzieniem i innymi surowymi karami, jeśli wierni nie wypowiadali słów modlitwy Pańskiej na głos i tylko w języku łacińskim. Powszechnie wierzono, że język, w jakim modlimy się na osobności, nie ma znaczenia pod warunkiem, że modlitwa posiadała pewną intencję. W modlitwie powszechnej w kościele jednak, dostojeństwo nabożeństwa wymagało, aby słowa modlitwy wypowiadać jedynie po łacinie.
     Ogromna jest determinacja niektórych, aby dialog z Bogiem prowadzony był niezrozumiałymi i wypowiadanymi machinalnie słowami. Nawet jeśli Bóg nie wyjawia tu Swego niezadowolenia, pozostaje to wbrew naturze. Jednak z ogólnej treści Biblii wywnioskować można, jak głęboko taki rodzaj modlitwy jest dla Niego obelgą. Co się tyczy powszechnych modlitw, relacje św. Pawła jasno uczą, że nie wolno wypowiadać słowa „amen” jeśli błogosławieństwo wypowiedziane było w nieznanym dla wiernych języku. Tym bardziej zadziwiające wydaje się, że ci, którzy wprowadzili tę fałszywą praktykę, mieli czelność twierdzić, że to właśnie ona dodaje majestatu modlitwie. Według naszego wzorca, modląc się wspólnie, wierni używają własnego języka, a psalmy śpiewają zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Nasi przeciwnicy mieliby prawo naśmiewać się z nas, gdyby nie świadectwo Ducha Świętego, które odrzuca zagmatwane, pozbawione znaczenia dźwięki niezrozumiałych modlitw.
     W kwestii drugiej zasadniczej gałęzi naszej doktryny, mówiącej o podstawach zbawienia i koniecznych ku temu warunkach, istnieje wiele pytań. Kiedy mówimy ludziom, aby szukali prawości i życia poza swoją osobą (tj. w Chrystusie, ponieważ każdy człowiek nosi w sobie znamię grzechu i śmierci), natychmiast budzą się kontrowersje co do wolnej woli człowieka. Jeśli posiadamy zdolność służenia Bogu, zbawienie nie przychodzi li tylko z łaski Chrystusa, ale po części zależy od nas samych. Z drugiej jednak strony, jeśli całość zbawienia przypisuje się łasce Chrystusa, człowiek sam z siebie nie jest w stanie nic zdziałać, żadna cnota nie przyczyni się do osiągnięcia zbawienia. Choć nasi przeciwnicy przyznają, że w każdym ich dobrym uczynku ma udział Duch Święty, twierdzą jednak, że jest to jedynie udział częściowy. Sądzą tak, gdyż nie potrafią dostrzec, jak głęboko skażona jest natura ludzka poprzez upadek naszych pierwszych rodziców.
     Wyznają oni doktrynę grzechu pierworodnego, ale modyfikują jego końcowe efekty twierdząc, że grzech ten osłabił naturę ludzką, a nie całkowicie ją zdeprawował. Skutkiem jego człowiek nie potrafi postępować właściwie. Jego zdolność wyboru między dobrem a złem została osłabiona. Wierzą jednak, że z pomocą łaski Bożej człowiek stanowi pewną wartość i może mieć wpływ na swoje zbawienie. W naszym mniemaniu człowiek działa spontanicznie, kierując się wolną wolą tylko wówczas, kiedy jego przewodnikiem jest Duch Święty. Cała jednak jego natura jest przesycona zepsuciem i nie jest on sam z siebie w stanie postępować w prawdzie. Stąd też rozłam między nami a tymi, co nie dostrzegają upodlenia człowieka i nie doceniają błogosławieństwa możliwości odnowy duchowej. Człowiek odarty jest całkowicie z duchowej prawości, chyba że szuka jej wyłącznie u Boga. Dla niezbyt sprawiedliwie osądzających nasze poglądy wydają się one przesadzone. W doktrynie naszej nie istnieje jednak żaden element, który byłby sprzeczny z Pismem Świętym lub wytycznymi pierwotnego Kościoła. Bez trudu możemy również potwierdzić zgodność naszej doktryny z pismami św. Augustyna. Niektórzy jednak (ci, którzy w innych kwestiach pozostają różni od nas) oddają nam sprawiedliwość w tym względzie. Tak naprawdę różni nas jedno. Przekonując człowieka o jego ubóstwie i bezsilności bardziej skutecznie ćwiczymy go w osiągnięciu prawdziwej pokory, wyrzeczeniu się zaufania do samego siebie i szukania oparcia całkowicie w Bogu. W szczerości człowiek zaczyna przypisywać wszelkie dobro łaskawości Boga, co z kolei prowadzi do poczucia wdzięczności. Odurzenie umysłu ludzkiego przekonaniem o własnych cnotach przyczynia się do jego upadku, nadyma go pychą wobec Boga i przypisuje przywilej usprawiedliwienia w tym samym stopniu sobie, co Bogu. Trzecim błędem naszych przeciwników jest to, że w dyskusji na temat zepsucia natury ludzkiej poprzestają oni na pożądliwościach cielesnych, nie wnikając w głęboko ukryte ciężkie grzechy. Stąd też podążający za ich nauką z łatwością przebaczają sobie grzechy, które pozostają niewidoczne dla innych.
     Następna kwestia dotyczy wartości i zasług dobrych uczynków. Przypisujemy im należytą wartość i nie zaprzeczamy, że Bóg je wynagrodzi. Robimy tu jednak trzy wyjątki, z których rodzą się kontrowersje co do podstaw do zbawienia. Z jakiegokolwiek źródła pochodziłyby dobre uczynki człowieka, jest on uznany przed Bogiem za prawego na podstawie bezwarunkowej łaski, gdyż Bóg bez względu na uczynki przyjmuje go w Chrystusie przypisując mu sprawiedliwość Chrystusa, jakby była jego własną. Nazywamy to prawością wiary, kiedy człowiek uwalnia się od przeświadczenia w zbytnie zaufanie co do swoich uczynków. Człowiek przekonuje się, że Bóg przyjmuje go jedynie w prawości pochodzącej od Chrystusa. Świat zawsze pielęgnował mylne odczucie, że człowiek choć nie pozbawiony pewnych wad, w pewnym stopniu zyskuje uznanie w oczach Boga dzięki swym uczynkom. Biblia jednak oświadcza: [...] Przeklęty każdy kto nie wytrwa w pełnieniu wszystkiego, co jest napisane w księdze zakonu. (Gal. 3,10) Klątwa ta obejmuje wszystkich, którzy postrzegają siebie na podstawie własnych uczynków. Nie dotyczy tych, którzy wyrzekli się pokładania nadziei w uczynkach, lecz całkowicie zawierzyli Chrystusowi, w nim doznają usprawiedliwienia poprzez okazaną im darmową łaskę samego Boga. Tak więc poprzez Chrystusa stajemy się dziećmi światła i zostajemy adoptowani przez Boga. Spoglądając jedynie na nasze uczynki, nie znajduje Bóg wystarczającego powodu, dla którego miałby nam okazywać miłość. Trzeba zatem wyzuć się z wszelkich nieprawości i przypisać sobie posłuszeństwo Chrystusowe (ponieważ jest On jedynym, który ostać się może surowej ocenie Boga), a Bóg uzna nas za prawych poprzez zasługi Chrystusa. Jest to jasna i spójna doktryna Biblijna, „objawiona” – jak powiada Paweł – przez prawo i proroków (Rzym. 3,21), jak i przedstawiana w Ewangeliach. Święty Paweł rozgranicza sprawiedliwość, wynikającą z prawa na podstawie uczynków, od sprawiedliwości w ujęciu ewangelicznym, opartą na łasce Chrystusa (Rzym 10, 5 etc.). Nie dzieli jej na połowy, lecz całkowicie przypisuje ją Chrystusowi, dzięki któremu uznani jesteśmy za cnotliwych w oczach Boga.
     Powstają zatem dwa pytania: Czy chluba naszego zbawienia spada na nas i Boga? oraz: Czy nasze sumienie może pokładać zaufanie w uczynkach? Co do pierwszego Paweł nakazuje: [...] aby wszystkie usta były zamknięte i aby świat cały podlegał sądowi Bożemu; [...] wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej, I są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie [...] ... dla okazania sprawiedliwości swojej w teraźniejszym czasie, aby On sam był sprawiedliwy i usprawiedliwiającym tego, który wierzy w Chrystusa. (Rzym. 3, 19 etc.) W naszych działaniach opowiadamy się za tą decyzją, podczas gdy nasi przeciwnicy utrzymują, że człowiek nie doznaje usprawiedliwienia dzięki łasce Boga, gdyż po części jest to jego własną zasługą.
     W drugiej kwestii św. Paweł mówi o obietnicy: Bo jeśli dziedzicami są tylko ci, którzy polegają na zakonie, tedy wiara jest daremna i obietnica w niwecz się obróciła. Dalej powiada: na podstawie wiary [...] aby była zapewniona całemu potomstwu [...] (Rzym. 4, 14,16). Dodaje też: Usprawiedliwieni tedy z wiary pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa. (Rzym. 5,1) Tak więc nie boimy się stanąć przed Jego obliczem. Paweł oznajmia, że nie można poddawać sumienia ciągłym niepokojom i wahaniom, opierając swą wiarę na uczynkach. Twierdzi, że jesteśmy w stanie osiągnąć niczym nie zakłócony spokój ducha, uciekając się do Chrystusa, jedynego źródła prawdziwego zaufania. My zaś nie dodajemy niczego do słów św. Pawła. Natomiast ciągłe poczucie wątpliwości i niepokoju sumienia, absurdalne dla Pawła, jest, w oczach wielu, podstawowym aksjomatem wiary.
     Kolejny warunek osiągnięcia zbawienia, o którym będzie mowa, dotyczy umorzenia naszych grzechów. Nasi przeciwnicy nie mogą zaprzeczyć, że człowiek w ciągu swego życia chadza różnymi ścieżkami, często upadając, zmuszeni są przyznać, że potrzebuje wybaczenia, aby znów stać się prawym. Wyobrażają sobie wiele sposobów, dzięki którym grzesznicy mogą ponownie nabyć przychylność Boga. Skrucha, dobre uczynki, określane mianem zadośćuczynienia, i pokuta to jedne z tych sposobów, które, według nich, Bóg narzuca grzesznikom. Są na tyle rozsądni, aby przyznać, że owe praktyki nie kompensują w pełni naszych przewinień. Szukają więc satysfakcji gdzie indziej, a mianowicie w tak zwanym przywileju kluczy Królestwa Niebieskiego. Twierdzą, że dzięki nim skarbiec Kościoła staje przed nimi otworem i swój niedostatek uzupełniają zasługami Chrystusa i świętych. W przeciwieństwie do nich twierdzimy, że Bóg darmo odpuszcza grzechy i nigdzie indziej nie szukamy zmazania naszych win, jak poprzez ofiarę śmierci Chrystusa. Nauczamy, że to Chrystus wykupił nas z niewoli grzechu i pogodził z Ojcem. Żadna inna rekompensata nie jest potrzebna, gdyż ekspiacja, dokonana przez Zbawiciela, jest już warunkiem wystarczającym do naszego oczyszczenia. W Biblii mamy jasny dowód takiej właśnie nauki. Nie powinna ona być nazywana naszą, a raczej Kościoła powszechnego. Jedyną drogą przywrócenia łask Bożych jest, jak podaje apostoł, On tego, który nie znał grzechu, za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim stali się sprawiedliwością Bożą. (2 Kor. 5,21). W innym miejscu, mówiąc o zmazaniu naszych grzechów, oświadcza, że jest nam przywrócona prawość bez zasług naszych uczynków (Rzym. 6,5). Dlatego też usilnie obstajemy, że przypisywanie pojednania praktykom zadośćuczynienia jest wstrętnym bluźnierstwem. Zaprzecza ono bowiem doktrynie Izajasza dotyczącej Chrystusa, że [...] jego ranami jesteśmy uleczeni. (Iz. 53,5)
     Z wielu powodów nie można przyjąć racji teorii uczynków jako zadośćuczynienia. Po pierwsze, człowiek nie jest w stanie zrobić dla Boga nic więcej niż wskazuje na to jego powinność. Po drugie, pod pojęciem zadośćuczynienia pokutujący rozumieją nieprzymuszone akty oddawania czci Bogu na swą własną modłę, którymi naprzykrzają się Mu. Próżny jest ich wysiłek, gdyż działania takie trudno uznać za ekspiację kojącą gniew Boży. Co więcej, mieszanie ofiary Krwi Chrystusowej z ofiarą męczenników, sprowadzanie ich do wspólnego mianownika, mającego moc odkupienia naszych win, jest niemożliwe do zaakceptowania. Jak mówi św. Augustyn (Tact. in Joan. 84): Krew męczennika nie została przelana na odpuszczenie grzechów. Było to dzieło jedynie Chrystusa. W akcie tym nie jesteśmy w stanie Go naśladować lecz przyjąć Go z wdzięcznością. Z Augustynem zgadza się także Leon, mówiąc (Ep. 81 item 97): Choć cenną w oczach Boga jest śmierć wielu męczenników, jednak żadna rzeź niewinnego człowieka nie przyniosła przebłagania za grzechy świata. Sprawiedliwi otrzymali korony cierniowe, a nie darowali je sami z siebie, a stałość oddanych w wierze przyniosła nam przykłady cierpliwości, nie zaś dar bycia sprawiedliwym w oczach Boga.
     Nasz trzeci i ostatni problem odnosi się do wynagrodzenia winy dobrymi uczynkami. Nie zależy ono od ich wartości czy zasług lecz jedynie od łaskawości Boga. Nasi przeciwnicy przyznają, że nie istnieją proporcje między wartością czynów ludzkich a ich wynagradzaniem. Nie przywiązują jednak wagi do podstawowych kwestii w tej sprawie, a mianowicie, że dobre uczynki wiernych nigdy nie są wystarczająco czyste w swych intencjach, aby nie potrzebowały wybaczenia. Nie dostrzegają w nich niedoskonałości, gdyż uczynki te rzadko kiedy wynikają z czystej i idealnej miłości do Boga, wymaganej przez prawo. Doktryna nasza mówi, że dzieła naszych rąk pozbawione są nieskazitelnej czystości na podobieństwo Boga. Nawet kiedy wynikają z surowych reguł sprawiedliwości, są do pewnego stopnia nieczyste. Kiedy już Bóg w swej łaskawości zaadoptuje wierzących, wówczas przyjmuje i kocha ich samych, jak również ich uczynki oraz zgadza się obdarować ludzi nagrodą.
     To, co powiedzieliśmy o człowieku, można odnieść też do jego uczynków. Poczytywane są za sprawiedliwe nie dlatego, że same są tego godne, ale z racji zasług Chrystusa. Ich niedoskonałość umniejsza fakt ofiary złożonej przez Zbawiciela. Takie pojmowanie kwestii naszych zasług ma wielką wartość praktyczną. Człowiek pozostaje bogobojnym. Nie rości sobie prawa do zasług swoich czynów lecz wierzy, że płyną one z ojcowskiej dobroci. Co więcej, są one dla człowieka źródłem pocieszenia, pomagają zachować radość ducha, gdyż Bóg przypomina, że w swojej pobłażliwości z łatwością wybacza ich niedoskonałość i nieczystość.
     Rozważywszy dwa podstawowe filary naszej doktryny, przejdziemy teraz do sakramentów, co do których nie poczyniliśmy żadnych zmian, oprócz tych, których wprowadzenie jest usankcjonowane wyższym autorytetem. Choć zakłada się, że Chrystus ustanowił siedem sakramentów, odrzucamy pięć z nich, będących zbędnym dodatkiem, wymysłem ludzkim. Wymienimy tu ceremonię ślubu, która istnieje z rozkazu Boga, nie jednak jako sakrament. Oddzielamy ryty dodane przez człowieka (choć mogą one nie grzeszyć bezużytecznością czy niegodziwością) od symboli powierzonych ustami samego Chrystusa, które niosą z sobą świadectwo duchowych darów Zbawiciela. Skoro nie leżą one w mocy człowieka, nie ma zatem człowiek prawa potwierdzania ich swoim autorytetem. Słuszną rzeczą jest pieczętować nasze serca widocznym znakiem łaski Boga w Chrystusie i w błogosławieństwach, które na nas spływają za Jego przyczyną. W odróżnieniu od rytów wymyślonych przez człowieka, celem sakramentów nie jest pomieszanie spraw niebiańskich z ziemskimi, z których może wynikać podwójny fałsz. Nie czyniąc różnicy między sprawami Boskimi a ludzkimi, uchybia się świętemu słowu Boga, na którym opiera się cała moc sakramentów. Poza tym błędnie przypisuje się Chrystusowi autorstwo niektórych obrzędów ludzkiego pochodzenia.
     Z formy Chrztu odjęliśmy wiele dodatkowych elementów, niczemu nie służących lub, ze swej zabobonnej natury, jawnie szkodliwych. Znany jest kształt ceremonii Chrztu, jaki zlecił apostołom Chrystus, jaki był przestrzegany za ich życia i jaki ostatecznie przekazali potomności. Jego prostota zatwierdzona autorytetem Chrystusa i praktyka apostołów nie satysfakcjonuje jednak naszych czasów. Nie będę tu rozważał, co powodowało ludźmi, że dodali do ceremonii element krzyżma, soli, śliny i stoczka. Smutną rzeczą jest jednak fakt, że większą wartość zaczęto przypisywać owym dodatkom, niż szczerości samego aktu.
     Próbujemy również odrzucić absurdalne zaufanie, jakie ludzie pokładają w wartości zewnętrznych aktów, nie szanując tym samym osoby Chrystusa. Zarówno w szkołach, jak i kazaniach wychwalają pod niebiosa rzekomą skuteczność symboli. Zamiast kierować wiernych ku Chrystusowi uczą ich zawierzania widocznym, zewnętrznym elementom. My natomiast przywracamy w naszym kościele pierwotny zwyczaj wyjaśniania, kryjącej się za sakramentem doktryny, jednocześnie, z całą dokładnością i ścisłością, objaśniając korzyści, płynące z danego sakramentu i jego prawowicie uzasadnione stosowanie. W tym względzie nawet nasi oponenci nie mogą znaleźć podstaw do zarzutów. Nic nie jest bardziej obce naturze sakramentów, jak czynienie z nich pustego przedstawienia bez słowa wyjaśnienia ich tajemnicy. Znany jest passus św. Augustyna przytaczany przez Gracjana: Jeśli brakuje słowa, woda pozostaje tylko pustą formą. Pod pojęciem „słowo” rozumie Słowo wiary, którego nauczamy. Stąd też ludzie o odmiennych od naszych poglądach nie powinni uważać za nowość naszej dezaprobaty dla zewnętrznej formy misterium sakramentu. W ich wykonaniu jest ona świętokradztwem, które sprzeciwia się porządkowi ustanowionemu przez Chrystusa. Kolejnym błędem w powszechnym szafowaniu sakramentami jest niezrozumienie owego religijnego aktu poprzez dodanie do niego wielu magicznych zaklęć.
     Zaobserwowałem również, że kolejny sakrament kościoła Chrześcijańskiego, a mianowicie sakrament Wieczerzy Pańskiej, jest nie tylko przeinaczony, ale prawie całkowicie ulega zniesieniu. Jest dla nas konieczne czynić starania w przywróceniu mu oryginalnej formy. Po pierwsze, z umysłów ludzkich wyplenić trzeba bezbożny fałsz, że jest on jakoby składaniem ofiary, co staje się źródłem wynikających z tego kolejnych absurdów. Poza wprowadzeniem rytu ofiary eucharystycznej w niezgodzie z wyraźnym przesłaniem Chrystusa, dodano jedno z najbardziej szkodliwych przeświadczeń, że akt ofiary stanowi odpokutowanie naszych grzechów. W tenże sposób dostojeństwo stanu kapłańskiego, które było wyłącznością Chrystusa, przeniesiono na śmiertelnego człowieka, a zasługę Jego śmierci na samo tylko celebrowanie owego aktu. Fałsz ten doprowadził do tego, że sakrament ten ma odniesienie zarówno do żywych, jak i umarłych. Dlatego też odwołujemy ową fikcyjną ofiarę przywracając, w dużym stopniu zarzucony już, prawowity sakrament Stołu Pańskiego. Bo czymże było uczestniczenie w Wieczerzy Pańskiej raz do roku, a przez całą resztę czasu bycie biernym obserwatorem rytuałów odprawianych przez księży, w fałszywym przekonaniu udzielania sakramentu, choć ceremonia ta pozbawiona była nawet śladu Wieczerzy Pańskiej? Czemu miałyby służyć słowa „bierzcie i jedzcie”? W czasie mszy jednak zamiast „przyjmowania” pojawia się fałsz (składania ofiary). Nie ma zaś dzielenia się chlebem i winem, a nawet zaproszenia do Stołu Pańskiego. Ksiądz, odcięty od reszty wiernych, przygotowuje wieczerzę dla siebie samego. Jakże wielka jest różnica między tym, co polecił Chrystus, a tym, co ma dziś miejsce w Kościołach. W naszym kościele przywróciliśmy powagę i zastosowanie Kielicha Pańskiego dla zgromadzenia, na co mamy nie tylko zezwolenie, ale też polecenie jego użycia przez Naszego Pana. Pozbawienie Kielicha musiało wynikać z szatańskich podszeptów. Odrzuciliśmy wiele ceremoniałów, które za bardzo miały posmak judaizmu i inne inwencje umysłu ludzkiego, nie idące w parze z powagą Misterium Pańskiego. Nawet gdyby całe zło fikcyjnych ceremonii polegało jedynie na tym, że potajemnie zakradły się do skarbca prawowitych obrzędów, czy niewystarczającym powodem ich obalenia jest ślepy, bezmyślny zachwyt i uczestnictwo w nich?
     W potępieniu fikcji transsubstancjacji i obnoszenia chleba powodowała nami wyższa konieczność. Po pierwsze, jest to niezgodne z wyraźnymi w tym względzie słowami Chrystusa, po drugie, jest przeciwne samej naturze sakramentu. Gdzie nie istnieje widoczny symbol odnoszący się do duchowej prawdy, który sobą reprezentuje, tam nie istnieje sakrament. W odniesieniu do Wieczerzy Pańskiej św. Paweł jasno mówi: Ponieważ jest jeden chleb, my ilu nas jest, stanowimy jedno ciało, wszyscy bowiem jesteśmy uczestnikami jednego chleba. (1 Kor. 10,17) Gdzie zatem analogia i podobieństwo z widocznym znakiem Wieczerzy, korespondującym z Ciałem i Krwią Pana Naszego, kiedy wierni nie spożywają ani chleba, ani wina, a w ich miejsce pojawia się puste złudzenie, pośmiewisko dla oczu? Do tejże fikcji dołączyć można jeszcze gorszy zabobon, a mianowicie postrzeganie chleba jako samego Boga i oddawanie mu czci na podobieństwo i sposób czci składanej Bogu. Podczas gdy sakrament powinien być środkiem kierującym pobożne umysły ku sprawom niebieskim, ze świętych symboli Wieczerzy Pańskiej robi się całkowicie niewłaściwy użytek, a wierni, bezmyślnie wpatrzeni w nie, zapominają o Chrystusie. Obnoszenie chleba w uroczystym nastroju i umieszczanie w widocznym, centralnym miejscu w celu jego adoracji, całkiem kłóci się z przesłaniem Chrystusa. Podczas Wieczerzy Bóg zastawia przed nami stół z Jego ciałem i Krwią, abyśmy Je spożywali. Następnie daje nam swe polecenie i zaprasza, abyśmy brali, jedli i pili. Potem dołącza do nas i dodaje Swą obietnicę, w której zapewnia, że spożywamy Jego Ciało i pijemy Jego Krew. Ci zatem, którzy oddzielnie obnoszą chleb, aby był uwielbiony, oddzielają obietnicę Chrystusa od Jego polecenia, innymi słowy rwą nierozerwalne więzy, wyobrażając sobie, że w sakramencie tym obecne jest Ciało Chrystusa, gdy w rzeczywistości to nic innego, jak wymyślone przez nich bożyszcze. Obietnica złożona przez Chrystusa jest dla tych, którzy wierzą, że ofiarując swe Ciało i Krew w symbolu chleba i wina, celebrują to misterium w sposób przez Niego zalecany i otrzymują oba dary z Jego rąk. Ci zaś, którzy przeinaczają je, służą innym celom, pozbawieni są owej obietnicy i pozostają jedynie w nurtach własnych marzeń.
     Ostatnią rzeczą, jakiej dokonaliśmy, to odnowienie zwyczaju wyjaśniania doktryny i wyjawiania natury misterium wiernym, podczas gdy wcześniej duchowny nie tylko używał niezrozumiałego języka, ale i szeptem wypowiadał słowa modlitwy, pozornie konsekrującej chleb i wino. W tym względzie nasi krytycy nie mogą nas zganić. Wszak postępujemy za zaleceniem Chrystusa. Podczas Wieczerzy nie wypowiadał On cichych egzorcyzmów przemieniających chleb w Jego Ciało, lecz jasnym i donośnym głosem składał powyższą deklarację. Zarówno w wypadku Chrztu, jak i Wieczerzy Pańskiej rzetelnie i z całą troską, na jaką nas stać, wyjaśniamy zgromadzeniu skuteczność korzyści, cel i ostateczne łaski płynące z danego sakramentu. Po pierwsze, zachęcamy wiernych, aby zbliżyli się z wiarą, dzięki której całymi sobą mogą dostrzec istotę rzeczy, której widoczny znak jest im obecny, a mianowicie duchowy pokarm, którym karmią się ich dusze ku życiu wiecznemu. Utrzymujemy, że przez tak pojmowany obrzęd Bóg nie obiecuje niczego, ani nie użycza znaków, które nie mają swego odbicia w rzeczywistości. Dlatego też nasze nauczanie mówi, że w sakramencie Wieczerzy otrzymujemy Ciało i Krew Chrystusa. Nie są one li tylko symbolami, lecz zawierają i reprezentują pewne przesłanie prawdy. Podkreślamy cudowną naturę owoców, które są naszym udziałem i gwarancją wiecznego życia i zbawienia, którymi cieszyć się może nasze sumienie, gdy stajemy się uczestnikami sakramentu Wieczerzy Pańskiej. Każdy bezstronny obserwator przyzna, że ów uroczysty obrzęd jest o wiele przystępniejszy, a jego godność pełniej zachowana w naszym kościele niż gdzie indziej. W zarządzaniu kościołem nie różnimy się od innych niczym, czego nie moglibyśmy poprzeć przekonywającym argumentem. Przywróciliśmy urząd pastora i praktyki Kościoła z początków swej działalności według reguły apostolskiej, to znaczy każdy, kto nim zarządza, winien jest również obowiązek nauczania. Nikt nie powinien piastować urzędu zarządzania kościołem, jeśli nie jest jednocześnie sumienny w wykonywaniu powinności kaznodziejskich. W doborze przyszłych duchownych więcej powinno przejawiać się troski i religijnego podejścia. Powszechnie wiadomo, jaki rodzaj kontroli sprawują biskupi poprzez sufraganów i wikariuszy. Można by snuć domniemania co do jej natury, sądząc po owocach, jakie przynosi. Mnóstwo opieszałych i nieprzydatnych osób dostępuje zaszczytu wstąpienia do stanu duchownego. W naszych szeregach również znalazłoby się kilku duchownych o niezbyt wysokim wykształceniu, jednak każdy z nich musi spełniać podstawowe wymogi i przejawiać predyspozycje do nauczania. To, że nie wszyscy są ideałem duchownego, można przypisać bardziej nieprzychylnym czasom niż nam samym. Mimo wszystko pozostaje to naszym powodem do dumy, że nasi pastorowie wybierani są według o wiele ściślejszych reguł i wymogów w porównaniu z innymi. Pomijając skrupulatne oszacowywanie umiejętności i rekrutację przyszłych duchownych, tym, czym naprawdę możemy się poszczycić, jest kwestia wykonywania swoich obowiązków. Żaden duchowny, piastujący swe stanowisko, nie zaniedbuje powierzonych mu powinności. Stąd też żaden z naszych kościołów nie jest pozbawiony rzetelnego głoszenia Słowa Bożego.
     Spór o prawo i formę ordynacji duchownych wprowadza w zażenowanie naszych przeciwników. Przytaczają tu oni stare kanony, dające biskupom i klerowi prawo do pełnego nadzoru. Powołują się na stałą sukcesję, której to rzekomo są spadkobiercami od czasów apostołów, zaprzeczając jednocześnie, że dotyczy ona także innych sfer życia. Życzyłbym sobie, aby ich zasługi, które osiągają w pracy duchowej, dawały im pełne prawo do posiadanych tytułów. Rozważywszy jednak styl, w jaki biskupi wynoszeni byli do swej rangi, sposób sprawowania swego urzędu i kandydatów, których ordynują i którym powierzają zarządzanie Kościołem, jasno widać, że owa sukcesja dawno już uległa zerwaniu. Stare kanony wymagają od ubiegającego się o godność biskupa lub prezbitera poddania się ścisłej weryfikacji zarówno jego życia, jak i poglądów. Do dziś istnieje jeszcze dowód takiego kanonu w aktach Czwartego Synodu Afrykańskiego. Co więcej, sędziowie, jak i wierni mają prawo do osądu kandydatów (arbitrium), przyjęcia lub odrzucenia wybranych przez kler, tak, aby przyjęcie przyszłych duchownych odbyło się za powszechnym zezwoleniem. Niech każdy, kto ma przewodzić wszystkim będzie wybierany przez wszystkich. Kiedy jest mianowany bez wcześniejszego poznania i egzaminowania może okazać się intruzem wybranym na drodze przemocy – mówi Leon (Ep. 90). Niech poparcie kleru, jak i zgoda sędziów i wiernych zaprzysięgają nowo wybranych. Rozsądek nakazuje taki sposób ich elekcji – dodaje (Ep. 87). Cyprian utrzymuje podobne poglądy. Postrzega to nawet w bardziej surowych barwach, mówiąc o wyborze dokonywanym w obecności wszystkich wiernych, przy powszechnej aprobacie, co jest podyktowane Boskim autorytetem. Reguła taka rządziła Kościołem przez krótki okres, kiedy kondycja Kościoła była jeszcze zadowalająca. Listy Grzegorza pełne są słów, świadczących o poszanowaniu jej w jego czasach.
     Skoro Duch Święty w Biblii narzuca na biskupów obowiązek nauczania, wcześniej byłoby nie do pomyślenia nominować biskupa, który poprzez głoszenie Słowa Bożego nie byłby również pastorem. To ono właśnie było warunkiem podjęcia się owego urzędu. Ta sama reguła panowała w odniesieniu do prezbiterów, przydzielając każdemu z nich daną parafię. Stąd dekrety zakazujące duchownym włączania się w sprawy świeckie i opuszczania swych parafii na dłuższy czas. Później dekrety synodalne zalecały obecność wszystkich, lub przynajmniej trzech biskupów, przy ordynacji nowego biskupa. Celem takiego postępowania było wyłączenie niepożądanych świadków z procedury wyboru. W ordynacji prezbitera każdy biskup powoływał radę swoich prezbiterów. Można by wiele mówić o takich praktykach, ale już wspomniany przykład dostarcza nam dowodów, jak wytrwali są biskupi w zaślepianiu swych wiernych.
     Twierdzą, że Chrystus w spadku przyznał apostołom prawo do powoływania do kierowania Kościołem tym, którzy wedle ich upodobania powinni być wybrani. Zarzucają nam, że, sprawując nasze obowiązki, nie szukamy ich autorytetu i że świętokradczą zuchwałością naruszamy ich autonomię. Próbują to udowodnić wyborem swych apostołów w nieprzerwanej ciągłości. Ale czy to jedyny dowód, że działają zgodnie z prawem ordynacji? Wszak w ubiegającym się o urząd nie mają względu na jego życie i doktrynę. Pozbawiając ogół wiernych prawa do głosowania, jak i wyłączając z niego resztę duchownych, zagarnęli władzę w swoje ręce. Biskup Rzymu, wydzierając ów przywilej innemu biskupowi, rości sobie jedyne prawo do ordynacji. Ich stosunek do sprawowanych obowiązków nie zdradza oznak szczególnego zainteresowania. Trudno dopatrzyć się podobieństwa między apostołami - ojcami Kościoła- a nimi. Swe niedostatki zasłaniają roszczeniem co do swego prawa sukcesji tak, jak gdyby Chrystus uczynił prawem to, że bez względu na postępowanie posiadających wysokie urzędy w Kościele, powinni być postrzegani jako następcy apostołów, tak jakby urząd ten był spadkiem, który przechodzi w ręce zasługujących i nie zasługujących na ten przywilej. O Milezjach mówi się, że podejmują specjalne środki ostrożności, aby nie włączać do swej społeczności osób o nienagannym prowadzeniu się, a jeśli już tak się stanie, nie pozwalają na pozostanie w nich. Oczywiście mówię tu o ogóle postępowania. Nie umniejszam wartości kilku czcigodnym ludziom w ich kręgach, którzy albo z obawy pozostają cisi, albo nie słuchają takich zaleceń. Ci, którzy siłą prześladują Chrystusa i Jego przesłanie, którzy bezkarnie zabraniają ludziom zwracać się bezpośrednio do Niego, którzy w każdy możliwy sposób stają na drodze prawdy, którzy usilnie przeciwstawiają się naszym wysiłkom wydźwignięcia Kościoła z obecnej trudnej sytuacji, w którą go wpędzili, którzy podejrzliwie patrzą na głęboko zatroskanych o dobro Kościoła, którzy powstrzymują przyjmowanie lub pozbywają się niewygodnych duchownych - w nich wszystkich pokładano nadzieję wyboru ludzi godnych urzędu nauczania wiernych czystej doktryny religijnej.
     Skoro jednak zapatrywanie Grzegorza przybrało postać popularnego przysłowia: Ci którzy robią niewłaściwy użytek z przywileju jakim się cieszą powinni go stracić, duchowni stają przed wyborem – stać się kimś innym niż w rzeczywistości, dokonywać niewłaściwej selekcji kandydatów, przyjąć jej inną metodę lub przestać utyskiwać na przykre pozbawienie ich tego, co prawnie mają zagwarantowane. Mówiąc prościej, objęcie biskupstwa powinno odbywać się innymi metodami. Ordynacja przyszłych duchownych powinna również zmienić swą formę, a jeśli pragną być określani mianem biskupów, muszą wypełniać obowiązek karmienia wiernych Słowem Bożym. Jeśli zachowają władzę nominowania i ordynacji, powinni przywrócić sprawiedliwe i surowe kryteria wymogów życia i doktryny, z którymi rozstali się przed wiekami. Człowiek, który swym postępowaniem wskazuje, że jest wrogiem ścisłej doktryny, bez względu na obecny tytuł, powinien stracić prawo do bycia autorytetem w Kościele. Znane są nakazy dotyczące heretyków, które wydawały synody. Stanowczo zabraniały one ludziom ubiegać się o urząd z ich rąk. Dlatego też nikt, kto poprzez niezachowanie czystości doktryny nie dba o spójność Kościoła, nie może rościć sobie prawa ordynacji. Twierdzimy, że w dzisiejszych czasach pod imieniem biskupów ukrywają się i przewodzą ludzie, którzy miast być wiernymi, oddanymi i broniącymi spójnej doktryny, są jej zaciekłymi wrogami. Ich jedynym celem jest pozbycie się Chrystusa i prawdy Jego Ewangelii, a sankcjonowanie bałwochwalstwa i bezbożności – jednym z najbardziej zgubnych występków. Nie tylko słowem zawzięcie atakują doktrynę prawdziwej pobożności, ale są rozjuszeni każdą próbą wydobycia ich na światło dzienne. Przeciwko wielu przeszkodom, pojawiającym się na naszej drodze, z pilnością potęgujemy nasze wysiłki na rzecz Kościoła, za co czyni nam się wyrzuty nielegalnego wtargnięcia na teren działalności naszych przeciwników. Krytykowani jesteśmy również z powodu naszego stosunku do formy ceremonii ordynacji. Ponieważ dłonie naszych duchownych nie są namaszczane, nie przystrajamy ich w białe i inne ozdobne szaty, nie dmuchamy im w twarze, uważa się naszą ordynację za wykonywaną niepoprawnie. Jedyny zwyczaj, o którym czytamy, wywodzący się ze starych czasów, to złożenie dłoni na nowo mianowanym. Wszystkie inne obrzędy są wytworem współczesnych czasów. Przestrzega się ich z przesadną skrupulatnością, która nie oddaje istoty całego ceremoniału. W rzeczach tak istotnych liczy się coś więcej niż ludzki autorytet. Stąd też, jak tylko pozwalają na to okoliczności naszych czasów, możemy zmieniać owe ryty, które stworzyła ludzka inwencja. Nasi przeciwnicy wręczają kielich i paterę ordynowanym. W jakim celu i z czyjego polecenia czynią to? Tłumaczą to jakoby wstępem do przyszłego poświęcenia. Chrystus wszak nigdy nie nadał takiej funkcji apostołom, ani nie wyraził takiej woli, co do ich następców. Nieuzasadnionym więc wydaje się stawianie nam zarzutów, dotyczących sposobu ordynacji, który to nie różni się od reguły Chrystusa, praktyk apostołów czy obrzędu pierwotnego Kościoła. Jednocześnie, negując naszą formę, nie są w stanie ani Słowem Bożym, ani logicznym, spójnym rozumowaniem, ani też praktykami przeszłości potwierdzić słuszności własnej reguły.
     W kwestii organizacji Kościoła istnieją w naszym kościele prawa, które nie usidlają sumienia ludzkiego i które dbają o zachowanie jedności społeczności. Zmuszeni byliśmy pozbyć się wszystkiego, co na drodze tyranii zostało narzucone w celu kontrolowania sumień ludzkich lub przyczyniało się bardziej do hołdowania przesądom niż nauce Bożej. Wrogowie nasi oskarżają nas jednak o wybredność, niepotrzebny pośpiech, schlebianie potrzebom, zachciankom cielesnym przez zrzucenie jarzma dyscypliny. Jak już wcześniej zwróciłem uwagę, w żaden sposób nie sprzeciwiamy się wszelkim kanonom, dbającym o przyzwoitość i porządek. Jeśli chodzi o obrzędy, które usunęliśmy, nie ukrywamy powodów, ze względu na które było to właściwe. Bez trudu można dowieść, że nadmiar różnych tradycji ludzkiego autorstwa był ciężarem dla Kościoła. W Jego interesie zatem było zmniejszenie ich ilości.
     Powszechnie znana jest skarga św. Augustyna, wyrażająca ubolewanie nad mnogością ludzkich tradycji. Bóg w swej łaskawości pragnął, aby Kościół czuł się wolny. Kościół, już jednak w czasach wielkiego świętego, był tak nimi przeciążony, że nawet kondycja Żydów pod Prawem była bardziej znośna (Epist 2 ad Januarium). Od jego czasów liczba rytów pomnożyła się wielokrotnie, jak również kontrola ich rygorystycznego przestrzegania. Jakiż stan rzeczy zastałby św. Augustyn dzisiaj - niezliczoną ilość reguł, zniewalających swym ciężarem ludzkie sumienia, jak i surowość, z jaką są narzucane.
     Krytykujący nas mogliby powiedzieć, że rozpaczamy nad wszystkim, co budzi nasze niezadowolenie, ale czyż nie powinniśmy przykładać naszych dłoni do poprawy sytuacji? Ich zarzut nie ma racji bytu, gdyż zgubnym jest przypuszczać, że w Kościele powinny być przestrzegane ludzkie prawa. Podkreślę jeszcze raz, że nie odrzucamy praw określających zewnętrzną strukturę Kościoła. Wierzymy, że powinny one być sumiennie przestrzegane. W odniesieniu jednak do kierowania sumieniem nie ma jednak innego legislatora jak Pan Bóg. Jemu pozostawiamy autorytet w tej sprawie, tak jak potwierdza to wiele fragmentów Biblii. Narzucanie ludzkich praw jest ujmą dla czci Boskiej. Św. Paweł równie często broni prawdziwej wolności człowieka, której nie wolno zaprzęgać w niewolę zbędnych powinności. Dlatego też uważamy za nasze zadanie uwolnienie sumienia wiernych od nadmiernych więzów i uświadomienie im prawa do wolności okupionej krwią Chrystusa. Żadne ludzkie prawa nie mogą jej naruszać. Jeśli ktoś przypisuje nam winę w tym względzie, musiałby uczynić to samo względem Chrystusa i apostołów.
     Nie będę wymieniał całego zła, które zmusiło nas do zajęcia tak wrogiego stanowiska co do ludzkich tradycji. Wspominając jedynie dwa powody usatysfakcjonuję, zapewne, bezstronnego czytelnika. Niektóre z tradycji wymagały rzeczy niemożliwych do spełnienia, co wprowadzało wiernych w rozpacz i prowadziło do hipokryzji. Kolejnym złem, tkwiącym w nich, był fakt, że spełniały one to, co Chrystus potępiał u faryzeuszy, to, co zmniejszało wagę przykazań Boskich. Podam tu kilka przykładów ilustrujących to zjawisko.
     Trzy rzeczy w szczególności wzbudzają opór naszych przeciwników: spożywanie mięsa w dowolny dzień, zawieranie małżeństw przez duchownych oraz obalenie spowiedzi ustnej.
     Niechaj w szczerości odpowiedzą na pytanie – czy człowiek spożywający mięso w piątek powinien ponieść większą karę niż ten żyjący cały rok w wyuzdaniu? Czy za większą zbrodnię poczytuje się księdzu żenić się czy być stokrotnie przyłapanym na cudzołóstwie? Czyż łatwiej wybaczają oni temu, kto wzgardził Boskimi przykazaniami niż temu, kto zaniedbał obowiązek usznej spowiedzi raz do roku? Czy to nie straszne, że burzenie świętych spraw Boga jest lekkim i wybaczalnym występkiem, zaś naruszenie dekretów ludzkich oceniane jest w kategoriach niewybaczalnej zbrodni?
     Jest to sprawa bezprecedensowa. Wszak nasz Zbawiciel oskarżał faryzeuszy o niegodziwość: [...] tak to unieważniliście Słowo Boże przez naukę swoją (Mat. 15,6). Co więcej, o arogancji antychrystów Paweł powiada: Przeciwnik, który wynosi się ponad wszystko, co się zwie Bogiem lub jest przedmiotem boskiej czci, a nawet zasiądzie w świątyni Bożej, podając się za Boga. (2 Tes. 2,4) Jakże niknie nieporównywalny majestat Boga, skoro śmiertelny człowiek został tak wywyższony, że jego prawa mają pierwszeństwo przed prawami Boga? Apostoł nazywał zakaz spożywania mięsa i ożenku duchownych doktryną szatana (1 Tym. 4,1-3). Największym jednak występkiem – wyrazem bezbożności – jest przypisywanie człowiekowi większej rangi niż Bogu. Jeśli ktoś ośmieli się podważyć prawdziwość mego zarzutu, mogę odwołać się do faktów.
     Czymże innym, jak nie tłamszeniem duszy, są nakazy celibatu i spowiedzi ustnej? Duchowni składają przysięgę ciągłego życia we wstrzemięźliwości, a więc późniejszy ożenek jest przeciw prawu. Cóż dzieje się z tymi, którzy nie byli obdarzeni darem powściągliwości? Nie ma tu wyjątków – brzmi odpowiedź. Doświadczenie jednak pokazuje, jak o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby nienarzucanie owego jarzma na duchownych niż tłumienie ich w więzach pożądliwości, tłamszenie w niepohamowanym ogniu żądz. Nasi przeciwnicy gorąco opowiadają się za cnotami, jakie niesie ze sobą dziewictwo i celibat, aby udowodnić, że ożenek nie był pochopnie obłożony interdyktem. O celibacie wyrażają się jak o czymś wielce przyzwoitym i prawym. Jak jednak obronić mogą zarzut zakuwania w kajdany ludzkiego sumienia, które sam Chrystus nie tylko pozostawił wolnym i nieskrępowanym, ale obronił własnym autorytetem, cenną własnej krwi? Święty Paweł również na to nie przyzwalał (1 Kor.7,35). Skąd, więc nakaz celibatu? Choć dziewictwo godne jest wychwalania pod niebiosa, cóż to ma wspólnego z celibatem księży, których nieprzyzwoitość odbiera całą rację owego nakazu. Jeśli czystość, o której tak wiele mówią ustami, potwierdzałyby czyny, przyznałbym, że jest to nadobną intencją. Wszyscy wiemy, że zakaz ożenku przyzwala tylko księżom dopuszczać się karygodnych występków. Jakże więc mają czelność mówić tu o stosowności owego obowiązku. Tych, którzy skalali swą duszę jawną nikczemnością pozostawiam trybunałowi Boga. Niech przed Jego obliczem rozprawiają o swej czystości.
     Nakaz celibatu narzucany jest na przyszłych duchownych, którzy składają swe śluby spontanicznie. Czy można wyobrazić sobie większy przymus niż ten, który zmusza ich do owych ślubów? Nikt nie może wejść w stan duchowny, jeśli wcześniej nie złoży ślubów wiecznego celibatu, a następnie, wbrew swojej woli, zmuszony jest przestrzegać ich bezwarunkowo. Twórcy owych nakazów utrzymują, że celibat wymuszony w ten sposób jest sprawą dobrowolną. Wielcy krasomówcy wyliczają ujemne strony małżeństwa, a rozpływają się nad plusami celibatu. Perorując nad owym tematem rozwijają swój styl i ubierają to w piękne słowa. Nic jednak z tego, co mówią, nie dowodzi stosowności zakuwania biednego sumienia ludzkiego w okowy śmiertelnej pożądliwości, z powodu której cierpią po kres swych dni. Wśród tej zbrodniczej bezecności jest jeszcze miejsce na hipokryzję. Bez względu na ich prowadzenie się, uważają się za lepszych z racji nieposiadania żony.
     To samo dotyczy formy ich spowiedzi, z której to rzekomo wynika wiele dobrego. W przeciwieństwie do nich dostrzegamy kilka poważnych obaw, a nawet jawnych niebezpieczeństw, kryjących się za nią. Zarówno jedna, jak i druga strona ma wiele argumentów za swoją racją. Zawsze, kiedy niezmienne prawo Chrystusa mówiące o tym, że sumienia niepodobna pętać różnymi więzami nakazów, jest kwestionowane lub zmieniane, popełnia się bezbożny czyn. Co więcej, nakaz, narzucany przez naszych przeciwników, zadręcza duszę, doprowadzając ją ostatecznie do upadku. Każdy wierny zobowiązany jest do wyznania swych grzechów raz do roku. W wypadku zaniedbania owego nakazu prawo nie pozostawia penitentowi nadziei na uzyskanie przebaczenia. Wystawiony na taką próbę odkrywa, że w prawdziwej bogobojności nie sposób wyznać choćby setnej części naszych grzechów. Nie mając żadnego sposobu wydźwignięcia się z takiego stanu, w konsekwencji oddaje się wielkiej rozpaczy. Ten natomiast, który podchodzi do obowiązku spowiedzi w bardziej beztroski sposób odkrywa, że pod jej płaszczykiem kryje się hipokryzja. Sądzi, że uzyskuje odpuszczenie przez samego Boga, jak tylko wyleje swe grzechy przed uszami spowiednika. Skoro w tak pospieszny sposób zdejmuje z siebie poczucie winny, ośmiela się grzeszyć z tym większą swobodą. Mając utarte przekonanie, że wypełnił to, co prawo nakazuje, sądzi, że bez względu na sposób, w jaki wyznałby swe grzechy, i tak jego spowiedź jest prawomocna. W rzeczywistości jednak nie zawiera ona choćby części rzeczywistych przewinień. Na jakiej zatem podstawie nasi wrogowie wykrzykują przeciw nam, że zaniedbujemy dyscyplinę kościelną tylko z tego powodu, że przychodzimy z pomocą dręczonym sumieniom ludzkim, uginającym się pod presją okrutnej tyranii, a wszelkich hipokrytów wyciągamy na światło dzienne, zmuszając ich do bliższego przyjrzenia się samym sobie i uświadomienia boskiej sprawiedliwości, której wcześniej unikali.
     Niektórzy uważają, że nie wszystkie prawa rządzące Kościołem powinny być usunięte. Jakkolwiek liczne byłyby ich nadużycia i wymagałyby poprawek, w innych aspektach pozostają święte, użyteczne i uświęcone starą tradycją.
     W odniesieniu do zasady spożywania mięsa, nasza doktryna pozostaje w zgodzie z Kościołem pierwotnym, według którego było to sprawą indywidualną, kiedy wolno spożywać, a kiedy należy powstrzymywać się od pokarmów mięsnych.
     Zakaz ożenku wśród księży, jak i śluby wiecznej wstrzemięźliwości składane przez zakonników i zakonnice, są starym nakazem. Jeśli przyzna nam się rację, że jasno wyrażona wola Boga przewyższa wagą ludzki obyczaj, a nasz stosunek do sprawy jest taki, jak widziałby to Bóg, dlaczego zatem przeszłość Kościoła staje się powodem do sporów. Doktryna ta jest jasno przedstawiona w Liście do Hebrajczyków: Małżeństwo niech będzie we czci u wszystkich (Heb. 13,4). Św. Paweł mówi również o biskupach w rolach mężów (1 Tym. 3,2; Tyt. 1,6). Jako ogólną regułę wskazuje, że małżeństwo dobre jest dla ludzi o określonym temperamencie, zaś zakaz jego zawierania określa się mianem „doktryny zła” (1 Tym. 4,3). Jaki pożytek przynosi ustawianie ludzkiego obyczaju w opozycji do klarownych pouczeń Ducha Świętego? Chyba że ludzi postawimy wyżej niż samego Boga.
     Jakże niesprawiedliwi są sędziowie orzekający naszą rzekomą negację praktyk Kościoła pierwotnego. Czasy apostołów mogą tu chyba posłużyć jako największy autorytet. Nie da się zaprzeczyć, że prawa małżeńskiego nie reformowano wówczas i wielu z duszpasterzy korzystało z niego. Jeśli apostołowie uważaliby, że małżeństwo nie powinno być udziałem duchownych, dlaczego pozbawialiby Kościół tak wielkiego dobrodziejstwa? Upłynęło już około 250 lat od czasów apostołów, kiedy według relacji Sozomego Sobór Nicejski zajął się sprawą celibatu duchownych. Po interwencji Paftiusza cała sprawa przycichła. Sam, będąc kawalerem, uważał nakaz celibatu za nie do przyjęcia. Rada duchownych zgodziła się z jego opinią. Kontrowersje jednak narastały wokół tematu i nakaz wcześniej odrzucony był ponownie wprowadzony ze wszystkimi jego konsekwencjami. Jeden z przepisów, nieznanego autorstwa, wywodzący się ze starożytności i noszący nazwę apostolskiego, zabrania wszystkim, spełniającym jakiekolwiek funkcje klerykalne, zawierania małżeństwa. Wyjątkiem pozostają tu śpiewacy i czytający Pismo w kościele. Wcześniejszy kanon zabraniał jednak księżom i diakonom oddalać swe żony pod pretekstem nakazów religii. Czwarty kanon synodu w Gangrii obejmuje klątwą wszystkich, którzy czynili różnicę między żonatym a nieżonatym duchownym. Mając rodzinę niektórzy szukali w ten sposób wymówki do zwolnienia się z obowiązków duszpasterskich. Ta klątwa miała zapobiec takim sytuacjom. W tym względzie widać, że więcej prawości można dopatrzyć się w starych czasach niż w obecnych.
     Nie jest moją intencją dogłębne roztrząsanie tego tematu. Pragnę jednak zwrócić uwagę na podobieństwo wiążące nasz kościół z doktryną prostego, ale i czystego w swych kanonach Kościoła pierwotnego. Dlaczego zatem z taką surowością jesteśmy szkalowani za mieszanie spraw świętych i świeckich? Nasza reguła jest o wiele bardziej zgodna z Kościołem starożytnym. Zezwalamy na małżeństwo wśród księży, czego zabraniał Kościół pierwotny. Jak jednak nasi wrogowie odeprą zarzut ogólnej rozwiązłości? Z pewnością zaprzeczą, że ją pochwalają. Gdyby jednak dążyli do przestrzegania starych kanonów, musieliby znacznie surowiej oceniać brak wstrzemięźliwości. Według synodu w Neo-Cesarea za zawarcie małżeństwa przez prezbitera groziło mu usunięcie go ze stanowiska. Winny cudzołóstwa był karany jeszcze okrutniej, nie wyłączając tu ekskomuniki. W obecnych czasach zawarcie małżeństwa przez duchownych jawi się jako wielka zbrodnia, podczas gdy liczne akty rozpusty objęte są karą niewielkiej grzywny. Gdyby wydający nakaz celibatu ujrzeli obecny stan rzeczy, z pewnością zmieniliby go. Jest zatem szczytem niesprawiedliwości potępianie naszego stanowiska w tej kwestii, w której uniewinnia nas głos samego Boga.
     Co do problemu spowiedzi, możemy obronić nasze zdanie znacznie łatwiej. Nasi oponenci nie są w stanie udowodnić, że konieczność spowiedzi usznej była nakazem wcześniejszym niż od czasów Innocentego III. Przez 1200 lat ów tyrański nakaz, o który tak zażarcie spierają się z nami, był nieznany światu chrześcijańskiemu. Sobór Laterański wydał ów dekret wraz z wieloma innymi. Ci, którzy mają choćby niewielkie wyobrażenie historyczne, zdają sobie sprawę z ignorancji i srogości tamtych czasów. Z powszechnych obserwacji wynika, że najwięksi ignoranci zarządzający Kościołem byli jednocześnie najbardziej władczy w swych działaniach. Każda pobożna dusza może poświadczyć, w jakim zakłopotaniu znajdują się zobligowani do przestrzegania owego dekretu.
     Nad torturowaniem sumień ludzkich spoczywa jeszcze jedno bluźniercze przekonanie, że coroczna spowiedź jest niezbędna do zmazania grzechów. Nikt, kto nie skłania się do przestrzegania owego nakazu nie uzyska przebaczenia z rąk Boga. Czy człowiek ma prawo ustalać reguły, według których grzesznikowi zmywają się jego winy? Bóg sam udziela przebaczenia, jednak niektórzy uzurpują sobie prawo do zatrzymania grzechów pokutujących, jeśli nie spełnią oni warunków ludzkiego autorstwa. Kolejnym zabobonem, który owładnął ludzkie umysły jest pogląd, że spowiedź całkowicie oczyszcza ich z win. W konsekwencji prowadzi to wielu do niepohamowanego rozkoszowania się grzechem, jeśli zaś chodzi o tych, którzy obawiają się Boskiego gniewu do okazywania większego szacunku względem księży niż Chrystusa. Nakaz uroczystego i publicznego wyznania win (nakazywany przez Cypriana exomoologesis), do którego zobowiązani byli niegdyś pokutnicy, aby uzyskać przebaczenie kościoła, byłby do zaakceptowania, gdyby służył innemu celowi, niż ten, do którego został ustanowiony.
     Nie stoimy zatem w opozycji do Kościoła pierwotnego. Pragniemy jedynie uwolnić wiernych od współczesnej formy tyranii. Nie ma nic złego w osobistym akcie szukania pocieszenia i rady, zwierzenia się ze swych obaw przed duchownym, jeśli tylko czyni to wierny z prawdziwej potrzeby, nie zaś przymusu. Pozostawmy człowiekowi wolność w tej sprawie. Niech czyni, co uważa za stosowne. Niechaj ludzkiego sumienia nie wiążą twarde prawa.
     Pozostaje mi mieć nadzieję, że Jego Cesarska Mość i Prześwietni Książęta przyjmiecie ze zrozumieniem ten raport.

3. Potrzeba natychmiastowej reformacji

     Chociaż doktryna prawdy została zniekształcona, a chrześcijaństwo skalane na wiele sposobów, to jednak nasi adwersarze nie poczytują tego za wystarczającą przyczynę do reformy Kościoła na wielką skalę, poruszającą w posadach cały świat.
      Zdajemy sobie sprawę, jak pożądaną rzeczą jest unikanie powszechnego niepokoju, a jednocześnie drżymy na myśl, że trzeba przyjrzeć się uważnie niepokojącej kondycji współczesnego Kościoła. Jaką sprawiedliwością jest przypisywanie nam, choćby w najmniejszym stopniu istniejącego w Kościele chaosu? Z jaką bezczelnością zbrodnia wprowadzania zamieszania w Kościele obciąża nasze konto zdaniem tych, którzy sami w oczywisty sposób są sprawcami owych komplikacji. Toż to tak, jakby wilki narzekały na jagnięta.
     Luter w swoich wystąpieniach poruszył zaledwie kilka zagadnień Kościoła, które obecnie urosły do niebagatelnych rozmiarów. Zrobił to z całą skromnością i łagodnością, świadczącą o pragnieniu ujrzenia poprawnego stanu rzeczy, nie zaś z postanowieniem własnoręcznego reformowania. Oponenci uderzyli na trwogę, a kiedy spór przybrał na sile, za najprostszą metodę stłamszenia prawdy uznali okrucieństwo i przemoc. Dlatego też zachęcaliśmy ich raczej do rozwiązania problemu na drodze przyjaznego dyskursu, pragnąc załagodzić konflikt pojednawczymi argumentami. Doznaliśmy jednak prześladowań poprzez okrutne dekrety, aż konflikt doprowadził do obecnego impasu. Takie oszczerstwa miały już miejsce w przeszłości. Tym samym oskarżeniem nikczemny Ahab ganił Eliasza, że był jakoby burzycielem Izraela. Odpowiedź proroka zwalnia z winy również nas. Nie ja sprowadziłem nieszczęście na Izraela, lecz ty i ród twojego ojca przez to, że zaniedbaliście przykazania Pana, a ty poszedłeś za Baalami (1 Król.18,17-18) – odpowiedział Eliasz. Dlatego też niesprawiedliwością jest pałanie do nas nienawiścią z powodu zaciekłego religijnego sporu, który wstrząsa obecnym światem chrześcijańskim, chyba że wraz z potępieniem proroka Eliasza, w którym szukamy swej obrony. Tak jego, jak i naszym jedynym powodem działania była walka w obronie chwały Bożej i przywrócenie czystości w oddawaniu Mu czci. Zarzut wzniecania niepokojów spoczywa na tych, którzy traktują te metody jako środek stawiania oporu prawdzie.
      Czymże jest to, co czyniliśmy i nadal staramy się czynić naszymi wysiłkami, jak nie tym, aby przywrócić wiarę w jednego Boga i aby Jego prawda zamieszkała w naszym Kościele? Jeśli nasi oponenci zaprzeczają temu, niechże najpierw spróbują przekonać nas o naszej bezbożności zanim oskarżą nas o nią dowodząc odstępstwa, które izoluje nas od innych. Aby załagodzić spór, w tej sytuacji musielibyśmy zachować ciszę, wyrzekając się tym samym prawdy Bożej, choć zapewne i to by nie wystarczyło. Ciche przyzwolenie musiałoby iść w parze z aprobatą bezbożnej doktryny, jawnymi bluźnierstwami przeciw Bogu i najbardziej upodlającymi zabobonami. Naszym obowiązkiem jest jednak otwarcie wyrzec się jakiegokolwiek powinowactwa z bezbożnością. To, że wzajemna nienawiść stała się zarzewiem tak ostrego konfliktu, jest niewątpliwie wielkim złem. Wina spoczywa na tych, którzy za swe zadanie obrali sobie poróżnienie nieba i ziemi. Zamiast zabiegać o spójną doktrynę, utrzymują oni wiernych w ryzach swej tyranii, do której prawo sobie uzurpują.
      Powinno być zupełnie wystarczającym stwierdzenie, ku naszej obronie, że święta prawda Boża, dla potwierdzenia której znosimy tak wiele, jest po naszej stronie. Wiodąc z nami spór, nasi przeciwnicy ścierają się w rzeczywistości z samym Bogiem. Kłótliwość nie licuje z naszym usposobieniem. To ich niepohamowanie wciągnęło nas w gorączkę niezgody wbrew naszej woli. Nie ma zatem powodu, aby ku nam kierować ostrze nienawiści. Nie my kierujemy wypadkami, ani nie jesteśmy w stanie im zapobiec. Istnieje pewna stara praktyka, do której zawsze uciekali się niegodziwcy. Wykorzystywali oni okazję głoszenia Ewangelii do wzniecania niepokojów, następnie zniesławiali Ją jako przyczynę niezgody, której zawsze szukali, nawet przy braku ku niej sposobności. Tak jak w początkach proroctwo miało się spełnić, że Chrystus będzie dla swych ziomków kamieniem obrazy, o który potkną się, tak i w dzisiejszych czasach wydaje się ono spełniać. Trudno pojąć, dlaczego budujący odrzucili kamień węgielny, ale skoro miało to miejsce w czasach Chrystusa, niech nie dziwi nas, dlaczego powszechnie spotykamy się z tym zjawiskiem dzisiaj.
      Usilnie błagam Waszą Cesarską Mość i Was Wielebni Książęta o zwrócenie uwagi na fakt, że Chrystus przyszedł na świat, aby wzbudzać niepokój i, gdziekolwiek Jego Ewangelia jest głoszona, natychmiast wywołuje gniew i opór ludzi złej woli. Z tych samych powodów w obecnych czasach również obserwujemy rozdarcie Kościoła i wiele innych rodzajów niegodziwości. Niezmienna jest zatem historia głoszenia Ewangelii. Od samych swych początków wywoływała i będzie wywoływać niezgodę. Do bardziej roztropnych należy zadanie rozważenia, z jakiego źródła płynie zło. Ktokolwiek snuje takie refleksje zwalnia nas z poczucia winy. Stosownym wydaje się nam niesienie świadectwa prawdzie tak, jak to dotąd zawsze czyniliśmy. Biada światu, dla którego Chrystus staje się powodem do starć, zamiast przyjąć pokój, który nam ofiaruje. Kto nie podda się Jego nauce z pewnością marnie zginie.
      Niektórzy wyrażają wątpliwości, czy wszelka korupcja w Kościele może być naprawiona tak drastycznymi krokami uzdrawiającymi, czy może owa nieprawość być szybko usunięta, czy podejmowane tego rodzaju działania naprawcze mogą być lekiem na wszystkie odstępstwa. Sugerują oni, że niektóre rodzaje zła wymagają rzekomo delikatnego traktowania, innym zaś trzeba się poddać, jeśli ich usunięcie nastręcza kłopotów. Wiemy, czego dowodzi praktyka codziennego życia. Wiemy również, że na Kościele zawsze ciążyły pewne skazy, budzące dezaprobatę pobożnych. Ich istnienie powinno się jednak przyjąć za oczywistość, a nie czynić z nich zarzewie sporu. Niesłusznie oskarżają nas nasi oponenci o nadmierną powagę i wzniecanie niepokojów z drobnych i błahych powodów. Kolejnym nieporozumieniem jest ich usiłowanie, by każdym możliwym sposobem umniejszyć wagę spraw, które są przedmiotem kontrowersji. Starają się stworzyć pozory, jakoby to nasze pieniactwo popychało nas do sporu, nie zaś szlachetne pobudki. Czynią to podstępnie i z pełną świadomością, przypisując nam jedną z najohydniejszych wad, jaką jest nierozwaga. Mówiąc w pogardliwy sposób o rzeczach wielkiej wagi zdradzają jednocześnie swój brak bogobojności. Czy rzeczywiście zasługujemy na wyszydzanie i obrzucanie nas zarzutami siania fermentu w kręgach kościelnych oraz wszczynania dysput o rzeczach małej wagi? Czyż użalanie się nad profanacją sposobu wielbienia Boga, wielkim uszczerbkiem na Jego czci, splamieniem doktryny zbawienia licznymi błędami, umniejszeniem mocy, jaką niesie ze sobą śmierć Chrystusa i świętokradczym skalaniem rzeczy świętych – czy może to wszystko stać się powodem do haniebnego szargania naszą reputacją?
      Pobieżne spojrzenie na owe sprawy nie jest wystarczające. Konieczne wydaje się bardziej sumienne przedstawienie powagi problemów i to nie tylko po to, aby udowodnić ich ważkość. Pominięcie ich przysporzyłoby nam wyrzutów sumienia z powodu wiarołomności. To jedno z trzech zagadnień, które na początku obiecałem poruszyć.
      Po pierwsze życzyłbym sobie wiedzieć, na jakiej podstawie mienią się Chrześcijanami ci, którzy przypisują nam winę burzenia porządku w kwestiach tak wielkiej wagi. Jeśli przypisywaliby tak wielką wagę do religii, jak starożytni bałwochwalcy do swych zabobonów, nie wyrażaliby się tak pogardliwie o gorliwości zachowania wiary, lecz na wzór bałwochwalców uważaliby ją za priorytet. Kiedy bałwochwalcy rozprawiali o zabieganiu o ich ołtarze i ich paleniska, uważali je za rzecz najważniejszą.
      Nasi oponenci, w przeciwieństwie do nich, uważają spór o chwałę Boga i zbawienie człowieka za rzecz niemalże zbyteczną. Nieprawdą jest, jakobyśmy zabiegali o cień istoty sprawy. Wszak sednem sporu jest cała podstawa religii chrześcijańskiej, a mianowicie wieczna i niepodważalna prawda Boga, prawda, której świadectwo objawił nam wielokrotnie, na potwierdzenie której wielu świętych proroków i męczenników złożyło swe życie, prawda obwieszczona i objawiona w osobie Syna samego Boga i ostatecznie przypieczętowana Jego krwią. Czy zatem składanie świadectwa tej prawdzie jest sprawą mało istotną? Czy można wzgardzić nią poprzez bierne i przyklaskujące wszystkiemu zachowanie?
      Przejdę teraz do szczegółów. Wiemy, jak nikczemną rzeczą jest bałwochwalstwo w oczach Boga. Historia bogata jest w opowieści o okrutnych karach za ów występek, spadających na Izraelitów i inne narody. Z ust Boga padły słowa zapowiedzi zemsty na wszystkich uprawiających tę formę kultu przez wszystkie czasy. Do nas również kierował Swe słowa, zaprzysięgając się Swoim imieniem, że nie zniesie dzielenia się Swoją chwałą z bożkami. Jasno przestrzegł, że jest Bogiem zazdrosnym, szukającym zemsty do trzeciego i czwartego pokolenia z powodu ludzkich grzechów, a tego w szczególności. Mojżesz, jakkolwiek łagodny z natury, owładnięty Duchem Świętym, rozkazał Lewitom: [...] Przejdźcie tam i z powrotem od bramy do bramy w obozie i zabijajcie każdego, czy to brat, czy przyjaciel, czy krewny. (Ex, 32,27) Jest to grzech, z powodu którego Bóg karał swój lud wybrany, nawiedzając go wojną, epidemią, głodem i wszelką niedolą; grzech, z powodu którego najpierw Królestwo Izraela, potem Judy zostało spustoszone, święte miasto Jeruzalem zniszczone, świątynia Boga (jedyna w ówczesnym świecie) padła w gruzach, zaś naród wybrany spośród innych narodów ziemi, z którym zawarł przymierze, który miał dorównać Jego standardom i żyć pod Jego panowaniem i opieką, z którego sam Chrystus wywodził się – naród ów skazany był na wszelkiego rodzaju nieszczęścia, odarcie z godności, wygnanie i niemal całkowitą zagładę. Za długo by o tym mówić w szczegółach, ale każda strona pism prorockich przypomina, że bałwochwalstwo bardziej niż jakakolwiek inna zbrodnia wzbudza Boski gniew. Czy zatem, przyglądając się powszechnemu oddawaniu czci bożkom, mielibyśmy pobłażać temu i współdziałać w zbrodni?
      Zważcie zatem, Cesarzu i Książęta, na całe zepsucie, plugawiące cześć Boską. Łatwo dostrzec, jak prawdziwa religia tonie w napływie wszelkich oznak bezbożności. W wyniku tego boską czcią obdarza się wyobrażenia bożyszcz i składa się im modlitwy pod pretekstem, że są one siedliskiem mocy i bóstwa Boga. Zmarłych świętych uwielbia się dokładnie tak, jak czynili to Izraelici wobec Baalama. Podstęp szatański nakłonił ludzi do wielu innych praktyk, w których cześć Boska doznaje poważnego uszczerbku. Bóg przypomina o płonącej zazdrości, kiedy wyobrażenie jakiegoś bożka wynoszone jest na ołtarze. Święty Paweł na podstawie własnego przykładu dowodzi, że służący Bogu powinni gorliwie chronić chwały Bożej. (Dz, 17,16) Jeżeli Boska cześć cierpi na wiele sposobów, czyż nie byłoby niegodziwością przymknąć oko i zachowywać ciszę w tej sytuacji? Nawet pies, widząc swego pana w opałach, natychmiast zaczyna szczekać. Czyż możemy trwać w bezczynności widząc, że święte imię Boga okrywa się hańbą w tak bluźnierczy sposób? W takiej sytuacji czyż nie są komentarzem słowa psalmu: A zniewagi urągających tobie spadły na mnie (Ps 69,10).
      Urąganie czci Boskiej poprzez absurdalne obrządki ludzkiego autorstwa nie mogą przejść bez upomnienia. Wiemy, jak bardzo Bogu przykra jest hipokryzja, a w wymyślonych praktykach kultu jest ona wszechobecna. Wiemy również, jak surowymi słowami krytyki prorocy pomstowali na wszelkie formy kultu sfabrykowane przez ludzką nieroztropność. Co gorsza, ludzie w swej pysze poczytują je za doskonałość czczenia Boga. W obecnych formach kultu rzadko dostrzec można jakikolwiek rytuał, który byłby usankcjonowany słowem Bożym.
      Wydając osąd w tej sprawie nie będziemy się opierać na poglądach własnych lub innych. Musimy słuchać głosu Boga, jak ocenia On profanację Swego imienia manifestowaną przez takie zachowania ludzkie, fałszywą interpretację Jego słowa i narzucanie własnych inwencji. Istnieją dwa powody karania przez Boga Izraelitów ślepotą, kiedy zatracili pobożną i świętą dyscyplinę w kościele. Pierwszym z nich jest rozpowszechnienie się hipokryzji i tzw. kultu woli (ethelothreeskia), oznaczających kult wymyślony przez człowieka. W słowach proroka Izajasza Bóg wyraża tu Swoją opinię: Ponieważ ten lud zbliża się do mnie swoimi ustami i czci mnie swoimi wargami, a jego serce jest daleko ode mnie, tak że ich bojaźń przede mną jest wyuczonym przepisem ludzkim, Dlatego też Ja będę nadal dziwnie postępował z tym ludem, cudownie i dziwnie, i zginie mądrość jego mędrców, a rozum jego rozumnych będzie się chował w ukryciu (Isa. 29,13-14). Mimo że Bóg porusza nas do myślenia takimi słowami, w świecie szerzy się podobny, lub jeszcze gorszy, rodzaj perwersji. Czyż na głos grzmiącego z nieba Boga mamy zachować ciszę?
      Modlitwa powszechna w niezrozumiałych językach uważana jest za niewielkie uchybienie, wbrew jasnemu zakazowi Boga. Skoro ów rodzaj modlitwy jest oczywistą drwiną z majestatu Boga, nasi oponenci nie mogą zaprzeczyć ważkości przyczyny naszych obiekcji. A cóż dopiero wspomnieć tu o bluźnierstwach wyśpiewywanych w hymnach, na które wzdryga się serce każdego pobożnego człowieka? Wszyscy znamy epitety przypisywane Matce Bożej. Tytułowana jest ona bramą niebios, nadzieją, życiem, zbawieniem, posuwając się do takiego stopnia zauroczenia i szaleństwa, że dają jej nawet prymat nad Chrystusem. W wielu kościołach słychać odrażający i bezbożny werset zapytaj Boga Ojca, rozkazuj Jego Synowi. Nie mniej skromnie celebrowani są święci, często święci czysto ludzkiej inwencji, włączeni do ogromnego katalogu już istniejących. Wśród wielu pochwał, wyśpiewywanych pod adresem świętego Klaudiusza, słychać przydomki: „światło niewidomych”, „przewodnik błądzących”, „życie i zmartwychwstanie”. Kanony codziennej modlitwy również obfitują w podobne bluźnierstwa. Bóg zapowiada najsroższe groźby pod adresem tych, którzy w przysięgach lub modlitwach mieszają Jego imię z imieniem Baalama. Jaka zatem zemsta spoczywa nad naszymi głowami, kiedy mylimy Jego imię wraz ze świętymi i pomniejszymi bożkami, zaś Chrystusa w jawny sposób znieważamy, odzierając Go z tytułów, które Mu przysługują, nadając je innym istotom? Czy tu również mamy zachować ciszę, ściągając na siebie surowy osąd?
      Człowiek nie potrafi modlić się do Boga z głęboką wiarą i przekonaniem. Kiedy Chrystus zmarł, naturalną konsekwencją było zwątpienie człowieka, czy był On w stosunku do ludzi usposobiony równie życzliwie co Bóg Ojciec, czy był gotowy towarzyszyć im i czy przejawiał zainteresowanie ich zbawieniem. Czyż jest pomniejszym błędem przypisywać wieczne kapłaństwo na równi Chrystusowi i świętym? Pamiętajmy, że Chrystus, poprzez swą śmierć, zyskał tytuł wiecznego Orędownika i Czyniącego Pokój, mającego moc przedstawiania nas i naszych próśb Bogu Ojcu, zyskiwania potrzebnych nam łask i wiary w spełnienie tego, o co prosimy. Skoro sam dla nas poniósł śmierć, uwolnił nas tym samym od śmierci i nikt nie jest w stanie dorównać Jego ofierze. Czy istnieje zatem jeszcze gorsze bluźnierstwo, które pada z ust naszych przeciwników aniżeli to, że Chrystus jest rzeczywiście mediatorem w naszym odkupieniu, zaś wszyscy święci orędownikami? Czyż Chrystus nie jest w ten sposób pozbawiony Swej chwały? Czy wraz ze Swoją śmiercią dokonał posługi duszpasterskiej, składając ją w ręce świętych?
      Chrystusa pozbawia się godności, za którą zapłacił taką cenę. Jest Mu ona wydarta i z największą arogancją rozdzielona pomiędzy świętych, jakby była ich prawowitym spadkiem. Nasi adwersarze nie zaprzeczają wprawdzie, że Chrystus nadal za nami się wstawia, ale twierdzą, że czyni to pospołu ze świętymi. Tak więc, Chrystus jest jednym z wielu w wielkim katalogu zasłużonych. Ofiara własnej krwi Chrystusowej stoi zatem na równi z zasługami świętego Hugona, Lubina i innych całkiem pospolitych postaci w szeregach świętych, które spodobało się biskupowi Rzymu wynieść na ołtarze. Pytanie nie brzmi: Czy święci w ogóle modlą się za nami? (Biblia nie wspomina o tym ani słowem), ale: Czy przechodząc obok Chrystusa, zaniedbując Go lub zupełnie o Nim zapominając, mamy prawo szukać orędownictwa świętych? Czy to nie Chrystus jest jedynym duszpasterzem, który otwiera nam schronienie w niebie, wiedzie nas ku Niemu za rękę i poprzez Swe pośrednictwo skłania Boga Ojca do wysłuchania naszych modlitw? Możemy całkowicie oddać się Jego rzecznictwu i przedstawić nasze prośby w Jego imieniu. Tego urzędu nie dzieli Chrystus z żadnym świętym.
      Próbowałem powyżej przedstawić, że Chrystus w dużej mierze pozbawiony był czci kapłańskiej, jak również wdzięczności za łaski, które nam zsyła. Wprawdzie nazywany jest Zbawicielem, ale w sposób, który implikuje, że ludzie również są w stanie wykupić się z więzów grzechu i śmierci. Wprawdzie nazywany jest Sprawiedliwością i Zbawieniem, ale ludzie rzekomo mogą nabyć własne zbawienie dobrymi uczynkami. Nieoceniony dar Chrystusa, którego ani ludzie, ani aniołowie nie są w stanie w pełni docenić i nazwać, jest umniejszany przez uczonych w piśmie. Przyznają, że Chrystus wyświadczył nam pierwsze łaski (co stało się warunkiem do zdobywania zasług, jak to określają), lecz otrzymawszy Jego pomoc zyskujemy życie wieczne naszymi uczynkami. Wyznają, że krew Chrystusa obmywa nas z grzechów, wierzą jednak również w inne drogi oczyszczenia. Nazywają wraz z nami śmierć Chrystusa ofiarą, ale to nasze codzienne ofiary przyczyniają się ponoć do ekspiacji naszych nieprawości. Mówią, że Chrystus pojednał nas z Ojcem. Czynią jednak wyjątek dla swych aktów zadośćuczynienia, jakoby to one gwarantowały nam odkupienie. Kiedy dodatkowej pomocy szuka się w tzw. przywileju kluczy Piotrowych, nie mniejsza niż Chrystusowi, oddawana jest chwała takim postaciom, jak Cyprian czy Cyricius. Budując skarbiec Kościoła, zasługi Chrystusa, jak i męczenników wrzucane są do jednego tygla.
      Czy przez te wszystkie rzeczy nie popełniliśmy tylu różnych bluźnierstw, ile tylko możliwe, tak że chwała Chrystusowa jest podziurawiona i podarta na strzępy? Albowiem będąc w wielkim stopniu pozbawionym Swej chwały, zachowuje z niej Chrystus jedynie szyld swego imienia, podczas gdy chce on prawdziwej władzy. Także tutaj moglibyśmy bez wątpienia pozostać milczącymi, mimo że widzieliśmy Syna, którego Ojciec uposażył w autorytet, władzę i chwałę i w którym wyłącznie udziela nam blasku przez zaliczenie nas w poczet swych sług, powyżej których nie ma prawie nikogo. Czy widząc Jego dobrodziejstwa, tonące w morzu zapomnienia, Jego cnoty obdarzone niewdzięcznością ludzką, brak szacunku dla przelanej dla nas krwi, a owoce Jego śmierci niemal całkowicie niweczone, kiedy Jego osoba jest przedmiotem różnych profanacji, tak że bardziej przypomina bezpostaciową zjawę – czy przystoi nam w tej sytuacji nie wszczynać głosu oburzenia? O przeklęta cierpliwości, że przymykasz oko, kiedy Boska cześć doznaje urazu! O źle skierowane łaski Chrystusa, jeśli tłamsimy ich pamięć bezbożnym bluźnierstwem!
      Przejdę teraz do drugiej gałęzi doktryny chrześcijańskiej. Któż sprzeciwi się twierdzeniu, że ludzie tkwią jak w malignie przypuszczając, że zyskują życie wieczne poprzez zasługi płynące z ich uczynków? Przyznaję, że łączą oni miłosierdzie Boga wraz ze swoimi uczynkami. Lecz odkąd czyni się ich ufność w uzyskanie Bożej akceptacji zależnym od poczucia ich własnej wartości, jasnym staje się, że podstawa owej ufności i pychy leży w ich własnych uczynkach. Najczęściej powtarzaną i najgłębiej zakorzenioną doktryną uczonych jest przekonanie, że Bóg kocha każdego pojedynczego człowieka proporcjonalnie do jego zasług. Szatański podstęp wznieca w człowieku radość z owego przekonania, z początku wynosząc go nad wzniosłą przepaść, z której następnie spada w otchłań rozpaczy.
      Oddając cześć Bogu, czynią to niektórzy nie z poczucia prawdziwej powinności, lecz poprzez obrządki ustanowione według własnych norm. Za chwalebną rzecz uznają odklepywanie wielu modlitw, wznoszenie ołtarzy, ozdabianie ich rzeźbami i obrazami, jak również samo uczęszczanie do Kościoła, częsty udział w mszach i zamawianie ich w pewnych intencjach, umartwianie ciała postami, które nie mają nic wspólnego z postem chrześcijańskim, a w szczególności nabożne przestrzeganie ludzkich tradycji w Kościele. Na podobieństwo pogan, z prawdziwą pasją, oddają się różnym pokutniczym praktykom, szukając w nich pojednania z Bogiem. Cóż zyskują po tych wszystkich próbach i udręczeniach? Postępując tak z poczuciem wątpliwości i nieczystego sumienia zawsze narażeni są na przerażający niepokój i katusze płynące z poczucia niepewności, czy aby Bóg nie gardzi ich osobą i uczynkami. Naturalną konsekwencją braku zaufania stała się, jak to święty Paweł określa, utrata nadziei na uzyskanie wiecznego dziedzictwa. W takich okolicznościach cóż stało się ze zbawieniem ludzi? Gdybyśmy zachowywali ciszę tam, gdzie istnieje konieczność zabrania głosu, bylibyśmy nie tylko niewdzięczni, ale i zdradzieccy, zarówno w stosunku do Boga, jak i ludzi, nad którymi spoczywa widmo wiecznego zatracenia, jeśli nie wyprostują swych ścieżek.
      Gdyby pies widział ranę zadawaną swemu panu, porównywalną obrazie Boga przez fałszywe sakramenty, raczej zareagowałby natychmiast, narażając swe życie, niż czekał w cichości, pozwalając znieważać swego pana. Czy my jako ludzie mamy okazać się mniejszym oddaniem? Cóż dopiero wspomnieć tu różne ryty ludzkiego autorstwa, które cieszą się tym samym szacunkiem, co misteria ustanowione przez Chrystusa i zalecane przez Jego Boski autorytet. Zasługują one na najsroższe upomnienie. Lecz teraz, kiedy nawet samo misterium Chrystusa obrosło licznymi zabobonami, pozbawione czci przez fałszywe opinie, o których już pisaliśmy, z powodu podłości i mamony, czy powinniśmy byli kryć się z naszymi uczuciami, znosić to, co nas dręczy, czy też udawać, że nic nie widzimy?
      Chrystus rózgą wypędził wymieniających pieniądze ze świątyni, powywracał ich stoły i porozrzucał ich towary. Nie każdy ma prawo wymierzać sprawiedliwość w ten sposób, jednak każdy, kto jawnie opowiada się za Chrystusem, ma obowiązek być gorliwym w swej wierze. Wszak Chrystus powstał z martwych, aby dowieść czci Boga Ojca. Dlatego też tak zdecydowanie potępił profanację świątyni. To potępienie jest również naszym obowiązkiem, który winniśmy czynić w zdecydowany i surowy sposób. Któż nie spotkał się z praktykami wykupywania sakramentów w Kościele, tak jakby były one jednym z wielu towarów wystawionych na sprzedaż. Inne łaski również mają swoją cenę zależną od umiejętności targującego się.
      Owe bluźniercze praktyki widoczne są przede wszystkim w sakramencie wieczerzy Pańskiej. Jakże więc moglibyśmy im pobłażać? Za sprawą jakiej sprawiedliwości oskarżani jesteśmy o nadmierną porywczość w wyrażaniu naszego oburzenia? Na święte ciało Chrystusa, ofiary złożonej na krzyżu dla nas, na świętą krew przelaną za nasze oczyszczenie, zaklinam Waszą Cesarską Mość i Ciebie, Prześwietny Książę, o rozważenie, jak wielkim misterium jest ciało i krew Chrystusa dane nam, abyśmy je spożywali i jaką troską i oddaniem powinniśmy dbać o czystość Ich pierwotnych intencji. Jakże niewdzięczni jawią się ludzie, kiedy to niebiańskie misterium, ofiarowane nam przez Chrystusa, jest jak cenne perły rzucane wieprzom i bezczeszczone na wszelkie sposoby! Jaką obrazą jest przemieniać wspomnienie śmierci Chrystusa w coś, co przypomina kształtem przedstawienie teatralne, gdzie każdy pomniejszy księżulo może uczynić się mediatorem między Bogiem a ludźmi. Negując zasługi ofiary Chrystusa wymyśla się całą gamę sposobów uzyskiwania przebaczenia, zapominając, że Chrystus raz zmarł za nasze grzechy przeszłe, obecne i przyszłe. Zasypując Boga całym ogromem fałszywych ofiar ubliża się ofierze wieczerzy Pańskiej.
      Świadomy jestem, w jak pięknych słowach autorzy owych praktyk potrafią mówić o nich. Do dzisiejszego dnia z tupetem praktykują swe obrzydliwości, o których wcześniej wspomniałem. Teraz, kiedy ujrzały one światło dzienne, starają się je ukryć. Nie mogą jednak zatuszować ogromu swego bezeceństwa. Uczą, że msza jest ofiarą, podczas której grzechy żyjących i zmarłych są zmazywane. Cóż zyskują takim żonglowaniem słowami? Zdradzają jedynie swe zuchwalstwo. Jakże wielkiego uszczerbku doznaje sakrament wieczerzy, kiedy zamiast głoszonego słowa kadzidło z dziwacznymi modlitwami pojawia się pospołu z chlebem. Chleb, zamiast być rozdzielonym pomiędzy wiernych, spożywany jest tylko przez księdza i pozostawiony na inny użytek, niż było to zamierzeniem Chrystusa. Nawet jeśli wierni dopuszczeni są do spożywania wieczerzy, pozbawieni są jej połowy, a mianowicie kielicha Pańskiego. Kolejny wytwór fantazji nakazuje im wierzyć, że pod postacią chleba kryje się prawdziwe ciało Chrystusa. Czyż nie przypomina to pewnych praktyk kupieckich? Jeśli bowiem prawdą jest, jak twierdzą, że tym, co msza ofiaruje, są owoce śmierci Chrystusa, jest to dla Niego obrazą równą splunięciu Mu w twarz..
      Proszę wspomnieć klęskę, jaka spadła na mieszkańców Koryntu z powodu nadużycia sakramentu, choć pozornie nie wydawało się to tak obraźliwym występkiem. Otóż przynoszono własną wieczerzę z domu do wspólnego biesiadowania, aby bogaci fetowali w luksusie, zaś biedni przymierali głodem. Skłoniło to Boga do ukarania ich śmiertelną zarazą. Tak w swej relacji święty Paweł zwraca uwagę na ojcowską dyscyplinę, która skłoniła ich do okazania skruchy. Ze zdarzenia owego wywnioskować możemy, jakiej odpłaty mogą się spodziewać ci, którzy umniejszają autorytetowi Chrystusa licznymi fałszami, którzy po wielekroć zbrukali czystość Jego doktryny i skrzywili sens jej propagowania. Nie ma wątpliwości, że Bóg bierze odwet za owo zuchwalstwo. Świat od wieków nękany jest najrozmaitszymi nieszczęściami. Dotarliśmy prawie do dna rozpaczy. Zastanawiać się można, co jest przyczyną zsyłania na nas różnych klęsk. Jeśli jednak zastanowimy się, jak błahym wydaje się wypaczenie sakramentu Wieczerzy Pańskiej przez Koryntian, w porównaniu z ogromem splugawienia Go w dzisiejszych czasach, trudno kwestionować rację gniewu Boga w stosunku do nas.
      Gdybym miał napiętnować wszystkie haniebne zaniedbania w zarządzaniu Kościołem, byłoby to niezwykle czasochłonne. Pominę zatem sposób życia księży, skupiając się na trzech występkach, których nie da się tolerować. Po pierwsze, brak jest należytego szacunku do powołania duchownego. Urząd duszpasterza zdobywany jest na drodze przemocy, świętokupstwa lub innymi bezbożnymi, nieuczciwymi sposobami. Po drugie, jeśli chodzi o wypełnianie obowiązków, zarządzający Kościołem przypominają bardziej opieszałe kukły niż prawdziwych duchownych. Po trzecie, zamiast kierować sumieniem wiernych według słowa Bożego, stosują metody tyranii i utrzymują wiernych w więzach niezliczonych bezbożnych nakazów.
      W pogardzie dla praw tak Boga jak i człowieka, bez poczucia najmniejszego wstydu, wdarł się chaos w wybór biskupów i prezbiterów. Ludzki kaprys zajął miejsce harmonii, a i świętokupstwo jest na porządku dziennym, tak jakby były to uczynki nie zasługujące na naganę. Cóż się stało z podstawowym obowiązkiem duchownych, a mianowicie głoszeniem słowa Bożego? Wszak święty Paweł, z wielkim zaangażowaniem stojąc w obronie owej powinności, padał ofiarą wielu sporów. Każdy o sprawiedliwym osądzie przyzna, że w dzisiejszych czasach powodów do obrony powinności nauczania jest o wiele więcej.
      W czasach tak daleko posuniętej korupcji czystej doktryny, nikczemnego skalania sakramentów, nędznej kondycji Kościoła, ci, którzy zarzucają nam nadmierne oburzenie, usatysfakcjonowani byliby naszą tolerancją. Oznaczałaby ona jednak sprzeniewierzenie się czci Boskiej, chwale Chrystusa, zbawieniu człowieka, stosowaniu sakramentów, jak i zarządzaniu Kościołem. W słowie „umiarkowanie” brzmi coś zwodniczego, a w tolerancji pozorna „uczciwość”. Nie możemy cierpliwie znosić, jak Imię Najwyższego zasypują bluźnierstwa, a Jego niezmienna prawda zagłuszana jest przez szatańskie podszepty, jak znieważa się osobę Chrystusa, zniekształca Jego misterium, trapi nieszczęsne dusze, a Kościół pozostawia w cierpieniach śmiertelnego ciosu. Brak reakcji oznaczałby nie naszą potulność, lecz obojętność na sprawy wielkiej wagi.

4. Odpowiedź na kolejne zarzuty

     Uzasadniłem jak dotąd powody naszej gwałtownej reakcji na zło, dziejące się w Kościele. Była ona proporcjonalna do wagi problemu. Pojawiły się, jednak nowe zarzuty, a mianowicie, że nasza ingerencja wywołała ogromną burzę w świecie chrześcijańskim. Sprawy mają się coraz gorzej i nie widać szczególnej poprawy. Niektórych ośmieliło to nawet, jeśli nie do większej, to do równie niepohamowanej rozwiązłości. Nasi przeciwnicy zarzucają brak w naszym Kościele dyscypliny, nakazów abstynencji, praktyk ćwiczenia się w pokorze oraz to, że ludzie uwolnieni z owego jarzma bezkarnie oddają się występnym uczynkom. Jako ostatni zarzut przypisują nam przywłaszczenie kościelnych dóbr, jakoby nasi książęta pośpiesznie rzucali się na własność, niesłusznie uważaną za swój łup. Uważają, że Kościół został w ten sposób okrutnie ograbiony, a fundacje kościelne są w rękach tych, którzy w wielkiej burzy niezgody uzurpowali je sobie w nielegalny sposób.
      Kościół, w czasach gdy rządzi nim bezbożność, doznaje skutków owych wstrząsów. Teraz jednak, kiedy nad światem pojawiło się światło prawowitej i pobożnej doktryny, kiedy wielu w poczuciu obowiązku i z zaangażowaniem pragnie zaradzić sytuacji, miałby nadal panować chaos na podobieństwo czasów Antychrysta. Niechaj ci, którzy stają na drodze prawdy, zaniechają wzniecania wojny przeciw Chrystusowi, a wkrótce ujrzymy wymarzony pokój. Niechaj odstąpią od obarczania nas za kłótnie, które sami rozpalają. Jednak wolą oni odrzucać wszelkie warunki pokoju, zatracając pobożność i składając Chrystusa do grobu, aby tylko podporządkować sobie Kościół. Niesprawiedliwością jest zatem puszyć się własną pozycją, rzucając inwektywy w stronę tych, którzy niczego bardziej nie pragną, jak jedności i spójności wiecznej prawdy Bożej. To my znosić musimy cały ciężar zaistniałej sytuacji, jakbyśmy byli autorami waśni.
      W odniesieniu do zarzutu, że nasza doktryna pozostaje bezowocna, zdaję sobie sprawę, że ludzie świeccy wyszydzają nas. Zarzucają, że próbując naprawić nieuleczalne bolączki, przysparzamy tylko większych kłopotów. Ich zdaniem fatalne położenie Kościoła czyni wszelkie wysiłki naprawy próżnymi. Twierdzą, że skoro nie ma nadziei na Jego uzdrowienie, najlepiej pozostawić zło samemu sobie. Ludzie o takich poglądach nie rozumieją, że odnowa Kościoła jest sprawą samego Boga. Nie zależy ona od nadziei i opinii ludzkich, podobnie jak wskrzeszenie zmarłych czy inne cuda. Nie możemy zatem czekać na sposobność do działania, czy to ze strony dobrej woli ludzi, czy też pomyślnego nastroju czasów. Musimy spieszyć do celu poprzez otaczającą nas mgłę rozpaczy. Wolą Naszego Pana jest nauczać Jego Ewangelii. Bądźmy posłuszni więc i podążajmy za tym, do czego nas wzywa. Nie dociekajmy ostatecznego rezultatu, a zachowujmy nadzieję na najlepsze. Błagajmy o to Boga w modlitwie, starajmy się z całym zapałem, pieczołowitością i sumiennością osiągnąć wymarzony koniec. Jednocześnie z pokorą przyjmijmy rezultat, jakikolwiek on jest nam pisany.
      Kolejny zarzut, że nie dążymy do dobra, również pozbawiony jest podstaw. Bóg prosi, aby sadzić i pielęgnować Jego słowo. Tak też staramy się czynić. Od Niego zależy wzrost (1 Kor.3,6-7). Co, jeśli Bóg postanowi nie obdarowywać nas według naszych próśb? Jeśli będzie oczywistym, że wiernie wykonaliśmy naszą część, niech nasi oponenci nie oczekują od nas niczego więcej. Jeśli efekt naszych starań nie będzie zadowalający, niech rozsądzą to z samym Bogiem.
      Niesłusznym jest zarzut, jakoby z naszej doktryny nie wynikało żadne dobro. Wspomnę tu chociażby o napiętnowaniu zewnętrznych oznak bałwochwalstwa i licznych zabobonów. Czyż owocem naszych działań nie jest wdzięczność prawdziwie bogobojnych, którzy nauczyli się czcić Boga czystym sercem, wzywać Jego Imienia spokojnym sumieniem, którzy czują ulgę od wiecznych utrapień, a znaleźli prawdziwą radość w Chrystusie i zawierzyli Mu swe życie. Źródła upatrywania radości, na które otworzyliśmy ludziom oczy, również świadczą o pierwszych owocach naszych działań. Iluż to ludzi, którzy wcześniej prowadzili występne życie odmieniły nasze nauki i przerodziły w nowego człowieka? Iluż to z tych, wiodących dawne życie wolne od jakichkolwiek restrykcji, cieszących się powszechnym szacunkiem, zamiast dalej tkwić w nieprawościach, zbadali uważnie swe postępowanie? W mocy naszych wrogów leży spotwarzanie i szkalowanie nas, zwłaszcza w kręgach ludzi o małym rozeznaniu. Nie mogą nas jednak pozbawić jednego. W szeregach naszych nowych wiernych bowiem, więcej można doszukać się niewinności, spójności, prawdziwej świętości niż w tych, którzy mienią się najświetniejszymi wśród oponentów. Jeśli znajdą się wśród nas ci, co znieważają Ewangelię dając upust swym pożądliwościom – nie jest to zjawisko; a nawet gdyby było nowe, to i tak nie możemy być zmuszani do brania ciężaru winy. Ewangelia jest jedyną regułą dobrego, pobożnego życia. Zakłada jednak, że nie wszyscy są gotowi na Jej przyjęcie. Jeśli niektórzy zwolnieni z jakichkolwiek więzów grzeszą w jeszcze bardziej zarozumiały sposób, rozpoznać możemy tu prawdę słów Symeona, że Chrystus przyszedł na świat, aby były ujawnione myśli wielu serc (Łk. 2,35). Bóg daje nam Swą Ewangelię, aby ukryte niegodziwości wyszły na światło dzienne. Stawianie zarzutu tym, co niosą i nauczają Jej, jest zatem szczytem bezczelności. Wyrażając się tak ostro nie czynię krzywdy naszym wrogom. Odpowiadam jedynie tą samą rzeczą, z której oni próbują zbudować zarzut przeciw nam. Skąd pogardzający prawdą Bożą uczą się swego niepohamowanego rozpasania? Otóż z przekonania, że na fali konfliktu wolno im posuwać się do wszystkiego. Niechaj dostrzegą swój występek. Przez stawanie na drodze prawdy wzniecają wśród niegodziwych nadzieję na bezkarność swych czynów.
      Jeśli chodzi o obelżywy zarzut, że pozbawieni jesteśmy jakiejkolwiek dyscypliny i zahamowań, możemy odpowiedzieć dwojako. Gdybym powiedział, że dyscyplina dobrze zadomowiona jest w naszych kręgach, sprzeciwiliby się temu nasi nauczyciele, którzy rozpaczają, że jest nadal zaniedbywana. Nie zaprzeczam, że pragnęlibyśmy szczycić się gruntowną dyscypliną w naszym obozie. Należy jednak rozważyć, jakimi ludźmi byli wcześniej nasi wyznawcy. Czekam na sprzeciw naszych adwersarzy. Używają oni każdego fortelu, aby obarczyć nas winą i pokrzyżować nasze wysiłki w tworzeniu i ukonstytuowaniu Kościoła, jak również obalaniu wszystkiego, czego dotknęła nasza ręka. Skwapliwie dokładamy starań do budowy Kościoła, a kiedy oddani jesteśmy już pracy, próbują przeszkodzić naszym działaniom, nie pozostawiając czasu choćby na rozwiązanie wewnętrznych problemów Kościoła. Następnie zarzucają nam Jego opłakany stan, którego sami są przyczyną. Cóż za chytrość nakazuje im ciągłe gniewanie się na nas, a nam czynienie z tego zarzutu?! Konsekwencją owych sporów jest brak czasu na zaprowadzenie porządku we wszystkich działach Kościoła. Bóg jest świadkiem naszego żalu z powyższych przyczyn, ludzie zaś świadkami naszych skarg z powodu odległości, jaka ciągle dzieli nas od doskonałości.
      Mówi się o nas, że wyzbyliśmy się pewnych spraw dotyczących dyscypliny. To prawda, ale w odbudowie upadłej budowli ludzie mają w zwyczaju zbierać pozostałe szczątki i odbudowywać z nich to, co się da. Tak też my czuliśmy się zobligowani, aby działać. Jeśli nawet przetrwała jakaś część starej dyscypliny kościelnej, tak bardzo pokryła się ona różnymi naleciałościami, że utraciła swą pierwotną, dziewiczą formę. Nie służyłaby ona niczemu, jeśli nie byłaby oczyszczona.
      Życzyłbym sobie, aby nasi adwersarze pobudzali nas do działania swoim przykładem. Ale czy sami odznaczają się dyscypliną, o której rzekomym u nas braku tak głośno się wyrażają? Czy nie byłoby z większym pożytkiem wspólnie przyznać się do winy i wyznać ją przed Bogiem niż obrzucać nas zarzutami, od których sami nie są wolni?
      Dyscyplina odnosi się zarówno do duchownych jak i wiernych. Życzyłbym sobie wiedzieć, z jaką surowością podchodzą do wymogu prawego i czystego moralnie zachowywania się duszpasterzy. Nie doszukuję się w nich tej czystej i wysublimowanej świętości, której wymagały antyczne kanony od kleru. Wiem bowiem, że w pogardzie mają prawa, które od wieków leżą w zapomnieniu, tak samo jak i każdego, kto próbuje je przypomnieć. To, czego domagam się od duchownych, to elementarne poczucie przyzwoitości. Jeśli nie mogą wyróżniać się cnotliwością życia, niech przynajmniej nie grzeszą bezecnością. Jeśli ktokolwiek dochodzi do stanu duchownego na drodze przekupstwa, czyjegoś polecenia, plugawej służalczości lub podejrzanych zaświadczeń, kanony określają to mianem świętokupstwa, które zasługuje na ukaranie. Iluż ludzi w dzisiejszych czasach staje się duchownymi na innej niż wymienione drogi? Gdyby nie istniało postanowienie w tej sprawie, można by zapomnieć o rygorystycznym podejściu do problemu. Jednak domy biskupów są siedliskiem jawnego i ukrytego świętokupstwa. Cóż na to biskup Rzymu widząc, jak kapłańskie urzędy przyznawane są tym, którzy zaoferują największą stawkę lub tam, gdzie opłaca się czyjeś wstawiennictwo lub inne niegodziwości? Czy zdrowy rozsądek przyzwala na wybieranie 12-letnich chłopców na urząd arcybiskupa? Czy nie to bardziej ubliża Chrystusowi, niż kiedy był bity i poniewierany? Czy można bardziej urągać Bogu i ludziom, kiedy chłopiec, jeszcze dziecko, dostępuje urzędu pastora?
      Zalecenia kanonów dotyczące biskupów i prezbiterów nakazują im stać na straży swej parafii i nie zaniedbywać jej swą nieobecnością. Nawet, gdy wyobrazimy sobie, że nie istnieje taki nakaz, któż nie dostrzeże, że dobre imię chrześcijaństwa narażone jest na pośmiewisko nawet u Turków, gdzie mianem pastora określa się kogoś, kto ani razu nie składa wizyty w swej parafii. Rzadkością jest, że pastor przebywa tam, gdzie wyznaczono mu jego urząd. Biskupi i opaci przebywają w swych własnych dworach lub na dworze książąt. W zależności od swego usposobienia wybierają miejsce, gdzie mogą żyć w luksusie. Ci, którzy znajdują większą przyjemność przebywania w swych własnych beneficjach, znani są z lenistwa. Nic nie wydaje się im być bardziej obce, jak własne obowiązki.
      Stare kanony zabraniały przydzielania dwu parafii jednemu duchownemu. Dawno już zapomniano o owym zakazie. Jakie wytłumaczenie można znaleźć na absurd przydzielania pięciu beneficjów jednemu duszpasterzowi lub, na przykład, trzech wspomnianych wcześniej biskupstw, oddzielonych od siebie ogromną odległością, uniemożliwiającą choćby coroczne odwiedziny, nie mówiąc już o innych obowiązkach, jakie z tego wynikają.
      Kanony domagają się ścisłej i szczegółowej analizy życia i poglądów ubiegających się o wejście w stan duchowny. Przyznajmy, że dzisiejsze czasy nie obligują do tak surowego przestrzeganiem reguł. Nie można jednak bezkrytycznie przyjmować zupełnych ignorantów, pozbawionych wiedzy i roztropności. Zatrudniając kogoś, nawet w mało wymagającym zawodzie, większą uwagę zwraca się na jego przeszłość, niż przy wyborze duszpasterza. Uwagi me wolne są od jakiegokolwiek fałszu czy przesady. Współcześni kandydaci podczas selekcji muszą się wykazać niewielką wiedzą. Biskupi lub sufragani zadają pytania pozornie udowadniające, że ci, których już wcześniej wybrali nadają się na stanowisko. Nie ma okazji na głębszą dociekliwość kwalifikacji kandydata. Ordynacja jest tylko formalnością, dobrze znaną wszystkim od urzędnika parafialnego do stróża.
      Według starych kanonów po ordynacji najmniejszy akt lubieżności karany był usunięciem ze stanowiska i ekskomuniką. Jeśli nawet zrezygnujemy z części owych rygorystycznych wymogów, cóż powiemy o tolerancji dzisiejszego wyuzdania, która niemalże zezwala na jej popełnianie. Kanony zdecydowanie zakazują duchownym rozkoszowania się przyjemnościami polowania, hazardu, biesiadowania i tańca. Zwalniają ze stanowiska każdego, kto okrył się jakąkolwiek hańbą. Zatem wszyscy duchowni, którzy zaprzątają sobie głowę świeckimi sprawami, wtrącają się w cywilne urzędy, aby odwrócić uwagę od spraw swego stanu i nie są pracowici w wypełnianiu obowiązków powinni być surowo potępieni, a jeśli nie wyrażają skruchy, zwolnieni. Z pewnością powstanie tu sprzeciw, że jak na dzisiejsze czasy, to zbyt surowe sankcje. Któż, jednak przymknie oko na niepohamowaną rozpustę panoszącą się wśród duchownych? Dodaje ona jedynie ohydy do i tak wielkiego zepsucia świata.
      W odniesieniu do dyscypliny narzuconej ludziom sprawa ma się następująco. Jeśli nikt nie kwestionuje dominacji duchownych i nie dostrzega ich udziału w ogólnej korupcji, wówczas wszystko zło, które dzieje się z wiernymi, spowijane jest bezkarnością lub beztroskim niedopatrzeniem. W zachowaniu społeczeństwa łatwo dostrzec rozpowszechnianie się wszelkiego rodzaju nieprawości. Zwracam się do Was, Wasza Cesarska Mość i Was, Prześwietni Książęta, abyście byli tu świadkami. Duchowni, czy to z pobłażliwości, czy z beztroski, pozwalają nikczemnikom dawać upust swym żądzom. Przypatrzmy się, w jaki sposób reagują na jej przejawy i jaką troskę przejawiają w korygowaniu wad lub przynajmniej ich piętnowaniu. W jaki sposób strofują i krytykują owe postępowania? Czemu służy dziś ekskomunika - najlepszy środek dyscyplinarny? Pod jej nazwą kryją się tyrańskie metody, ofiarą których stają się „nieposłuszni”. Niestawienie się przed trybunałem w sprawach finansowych lub bieda, która uniemożliwia spełnienie ich finansowych wymagań – to definicja nieposłuszeństwa. Co za tym idzie, najbardziej uzdrawiającym remedium na utemperowanie winnych okazuje się być trapienie biednych i niewinnych. Co więcej, pielęgnują dziwaczny obyczaj, sprzeczny z zaleceniem Chrystusa, rzucania klątwy na niewyjaśnione przypadki przestępstw, na przykład w sytuacji popełnienia kradzieży, gdy złodziej nie jest znany.
      Choć tak wiele haniebnych czynów dzieje się na oczach wszystkich, praktyka ekskomuniki leży gdzieś zapomniana, a osoby, w których kręgach szczególnie dominuje nieprawość, mają czelność zarzucać nam dążenie do ładu! Nie ma wątpliwości, że jesteśmy współwinni zaistniałej sytuacji, a i nic nie zyskujemy oskarżając naszych przeciwników. Z tego, co dotąd przedstawiłem widać, że mym celem nie było wzajemne obwinianie się, aby uniknąć zarzutu pod naszym adresem, ale podkreślenie prawdziwej wartości dyscypliny, którą jakoby odrzuciliśmy. Jestem przeświadczony, że brak całkowitego ładu w naszych szeregach nie jest aż tak wymagający natychmiastowych środków zaradczych. Nie staram się tu usprawiedliwić i schlebiać własnym defektom. Zdaję sobie sprawę, jak wiele pozostawiamy do życzenia. Bez wątpienia trudno byłoby zdać rachunek z naszych niektórych poczynań przed Bogiem, nie trudniej jednak, niż w wypadku naszych oponentów.
      Z równym, co w poprzednich wypadkach, stopniem bezczelności obwieszczają, że zagrabiliśmy bogactwo Kościoła i bierzemy udział w świeckich sprawach. Skłamałbym, gdybym temu zaprzeczył. Zawsze wielkie zmiany przynoszą pewne niedogodności. Nie szukam wymówki na to, co złe u nas, ale skąd bierze się śmiałość owego zarzutu? Oponenci twierdzą, że świętokradztwem jest sprzeniewierzać dobra kościelne na cele świeckie. Zgadzamy się z tą opinią. Stawiany jest nam zarzut, że to właśnie czynimy. Nie obawiam się udzielić odpowiedzi w naszym imieniu, jeśli to samo uczyni strona przeciwna. Wkrótce powrócę do naszego przypadku. W międzyczasie przyjrzyjmy się, jak postępują ci, o których mowa.
      Nie dodam niczego oprócz tego, co widoczne dla oczu. Biskupi prześcigają się z książętami w splendorze swych strojów, obfitości stołu, ilości służby, wspaniałości pałaców, krótko mówiąc, każdego rodzaju luksusu. Jednocześnie marnotrawią dochody Kościoła na jeszcze bardziej haniebne wydatki. Wspomnieć można by tu tereny do uprawiania sportów, rozkosze gier, zabaw i innych przyjemności, które pochłaniają niemałą część dochodu. Korzystanie z kiesy kościelnej na cele nierządu, pycha i całkowite zatracanie się w ekscesach, zasługuje jednak na najwyższe oburzenie.
      Był czas, kiedy ubóstwo było uważane za chlubę wśród księży. Tak też o nim wyrażał się Sobór w Aquili. Wydano wówczas dekret mówiący, że biskup powinien rezydować w bliskości swej parafii w skromnych warunkach z podstawowym umeblowaniem (Con.Carth. iv,cap. Iv,can.14). Nie zważając już na pierwotne reguły, w czasach późniejszych, kiedy wdało się znieprawienie w zdobywaniu bogactwa przez duchownych, nawet wówczas prawo stanowiło podział dochodu kościelnego na cztery części. Jedna przeznaczona była dla biskupa na cele gościnności i tych będących w potrzebie, druga dla pozostałego kleru, trzecia dla biednych, czwarta zaś na odnawianie kościoła. Grzegorz potwierdza pełne zastosowanie się do owego dekretu nawet w jego czasach. Z biegiem lat; reguła ta stawała się mniej rygorystyczna, aż przyszedł okres całkowitego znieprawienia. Nikt jednak nie odmówi słuszności słów Jerome w ad Nepotianum, że chlubą biskupa jest zaspokajanie potrzeb biednych, zaś hańbą wszystkich duchownych pielęgnować pragnienie zdobywania osobistego bogactwa. Będzie to z pewnością uważane za kolejny, zbyt surowy, nakaz, kiedy Jerome w tym samym piśmie mówi o otwartości, gościnności dla biednych i obcych. Łatwo jednak doszukać się słuszności owego nakazu w Biblii.
      Im bardziej opaci zbliżają się w swych dochodach do biskupów, tym bardziej ich przypominają. Kanonicy i księża przy parafii, nie mogąc w pełni korzystać z przyjemności zastawionych stołów, luksusu, wystawności, szybko znaleźli metodę kompensującą im tę niedogodność. Pazerność posuwa niektórych do zdobywania w ciągu miesiąca dochodów równych rocznemu z tytułu posiadania czterech czy pięciu beneficjów, nie myśląc o obowiązkach i odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże. Zawsze znajdą się przecież wikariusze skorzy do płaszczenia się i przejęcia obowiązków na swoje barki, jeśli tylko dane im będzie uszczknąć choć trochę grosza. Mało kto zadowala się jednym biskupstwem lub opactwem. Ci, którzy żyją na koszt publicznych wydatków Kościoła, choć mogliby żyć z fundacji kościelnej, określani są przez Jerome mianem świętokradców (C.Cler.I,Quest.2). Jak zatem należałoby określić tych, co pochłaniają trzy biskupstwa, powiedzmy od pięćdziesięciu do stu fundacji kościelnych. Gdyby choć nie narzekali, że są niesprawiedliwie spotwarzani! Cóż można sądzić o tych, którzy delektują się przyjemnościami ciała, korzystając z publicznych dochodów Kościoła? Mówię tu tylko o wypadkach powszechnie znanych.
      Gdybyśmy mieli zapytać co poniektórych, rezydujących w swoich beneficjach, z jakiego tytułu otrzymują skromne, umiarkowane wynagrodzenie, nie potrafiliby odpowiedzieć. Jakie obowiązki wykonują w zamian? W starym prawie ci, którzy służyli przy ołtarzu, żyli w jego bliskości zgodnie ze słowami: tak też postanowił Pan, ażeby ci, którzy Ewangelię zwiastują, z Ewangelii żyli (1 Kor. 9,14). Niechaj zatem nasi oponenci wykażą, że są głosicielami Ewangelii. Nie będę wówczas kwestionował ich prawa do pensji, czego również nie kwestionuje autorytet świętego Pawła: młócącemu wołowi nie zawiązuj pyska (1 Kor. 9,9). Czyż nie stoi to wszak w sprzeczności, że pracowite woły przymierają głodem, a leniwe osły dostają swój pokarm? Obarczeni tym zarzutem bronić się będą twierdzeniem, jakoby pełnili służbę ołtarza, co według prawa powinno dawać im utrzymanie. Święty Paweł w Nowym Testamencie przedstawia tę sprawę nieco inaczej. Jaka jest jakość ich usług, za które domagają się zapłaty. Odprawiają, co prawda, msze i przewodniczą śpiewom w kościele. Czasem nie służy to żadnemu celowi, czasem popełniają świętokradztwo, wywołując tym Boży gniew. Na takie, a nie inne cele płyną publiczne pieniądze.
      Nasi książęta oskarżani są o niewybaczalne świętokradztwo, jakoby na drodze nieuczciwości i przemocy przywłaszczyli sobie fundacje kościelne, które były poświęcone Bogu, a teraz ulegają zniszczeniu, będąc wykorzystywane na świeckie cele. Nie będę uchylał się od odpowiedzi na wszystko, co niepokoi w naszych szeregach. Jasno wyrażam moje niezadowolenie, że nie kładzie się większego nacisku na prawowite wydatkowanie dochodów kościelnych, na które były one przeznaczone. Szczerze ubolewam nad tym. Problem jednak, czy rzeczywiście nasi książęta w sposób świętokradczy zagarnęli dochody kościelne, kiedy przejęli to, co uratowali z rąk księży i mnichów. Czy dobra te miały pozostać nadal miejscem folgowania swoim żądzom? Stawiając nam powyższe zarzuty nasi adwersarze bronią tu swoich interesów, nie zaś Chrystusa i Jego Kościoła. Bez wątpienia z całą surowością powinno oceniać się tych, którzy przywłaszczają sobie dobra kościelne i wykorzystują je na własne potrzeby. Proceder taki ma jednak czasami swoje uzasadnienie. Niektórzy duchowni pozbawieni są swego utrzymania, gdyż okrutnie wykorzystując ubogich wiernych, winni są ich krwi. Oponenci zadają pytanie, cóż mają z tym wspólnego. Któż z nich może szczerze wyznać to, co niegdyś rzekł święty Ambroży, a mianowicie, że cokolwiek posiadał, było własnością biednych. Usilnie twierdził, że również własność biskupa należy do biednych (Ambroży, Epist.Lib.v.Ep. 31,33). Rzadko spotkać można tych, którzy nie nadużywają swych dóbr ku wielkiej swobodzie i marnotrawstwu. Niesłusznie czynione są nam wymówki za pozbawienie dóbr, które wbrew prawu zagarnęli i marnotrawią z wielkim bezeceństwem.
      Pozbawienie ich owej własności dokonało się nie tylko w majestacie prawa, ale i z konieczności. Czyż nasi książęta, widząc Kościół pozbawiony prawdziwych duchownych, a dochody kościelne marnotrawione przez opieszalców, dziedzictwo Chrystusowe i biednych pochłonięte przez kilku drapieżców, rozpustnie niweczone na kosztowne zbytki – czy w tej sytuacji nie mieli prawa interweniować? Czy przyglądając się zatwardziałym wrogom prawdy, próżnującym jak inbucus i nadużywającym włości kościelnych, atakujących Chrystusa, gnębiących prawowitą doktrynę, prześladujących innych pastorów, nie było rozsądne pozbawić ich owej własności tak, aby nie posiadali w ręku środków, którymi nękali Kościół. Warto tu wspomnieć króla Jozjasza, który w imieniu autorytetu Ducha Świętego, widząc jak Święta Eucharystia była w niewłaściwy sposób spożywana, powołał specjalnego urzędnika, zmuszającego ich do złożenia relacji (2 Kr. 24:14). Było również wielu duchownych, którym Bóg powierzył zadanie zwyczajnego zarządzania Kościołem. Co powinno spotkać tych, którzy nie dopełniają tego obowiązku, nie tylko zaniedbują odbudowy Kościoła, lecz wytężają swe siły i środki, aby doprowadzić do jego upadku?
      Ktoś może wyrazić zainteresowanie, w jaki sposób administruje się naszymi dochodami. Z pewnością można by dopatrzyć się pewnych nieprawości. Są one jednak spożytkowane w sposób bardziej wydajny niż naszych adwersarzy. Jakkolwiek sprawy by się miały, prawdziwi, oddani duszpasterze, którzy karmią swe stada doktryną zbawienia, są finansowo wspierani z owych środków. Wcześniej bywało, że kościoły pozbawione pastorów obciążane były wymogiem składania ofiar na nie. Gdziekolwiek wcześniej istniały szkoły lub szpitale przykościelne dla biednych, nadal istnieją. W niektórych przypadkach ich dochody wzrosły, w żadnym z nich nie zmalały. W wielu miejscach byłych klasztorów założono nowe szpitale, w innych szkoły, gdzie wykładowcy otrzymują regularne wynagrodzenie, a młodych kształci się w nadziei, że będą służyć w przyszłości Kościołowi.
      Krótko mówiąc, Kościół ma wiele korzyści z owych dochodów, które wcześniej przejadali tylko księża i zakonnicy. Niemałą ich część pochłaniają nieprzewidziane wydatki. Są one jednak ściśle brane pod uwagę. Jeśli w Kościele panuje chaos, jest on dużo bardziej kosztowny dla Kościoła, niż jego prawidłowe zarządzanie. Nie można odmawiać naszym książętom i urzędnikom, mającym władzę sędziowską, środków na wydatki tego typu. Nie są one wszak, na swój własny użytek, ale na konieczne potrzeby Kościoła. Poza tym nasi adwersarze nie wspominają o grabieży i niesprawiedliwym wymuszaniu ofiar, od których teraz wierni są uwolnieni. Roztrząsanie owego tematu wydaje się być zbyteczne z jednego powodu. Ponad trzy lata temu nasi książęta zadeklarowali swą wolę zwrotu mienia pod warunkiem, że to samo uczynią ci, którzy posiadają znacznie więcej oraz winni są większej korupcji w zarządzaniu nimi. Nasi książęta nadal czują się zobowiązani tą obietnicą w stosunku do Jego Cesarskiej Mości. Dokument ten jest jawny dla świata tak, aby nie istniała jakakolwiek przeszkoda na drodze ujednolicenia doktryny.
      Ostatnim i podstawowym zarzutem, stawianym pod naszym adresem, jest doprowadzenie do schizmy w Kościele. Żadne okoliczności nie są w stanie usankcjonować naszego zerwania jedności Kościoła. Pisma naszych autorów są świadkami, jak bardzo czyni się nam niesprawiedliwość. Nie staramy się ani odstąpić od Kościoła, ani tracić duchowej styczności z nim. Zachowując pozory słuszności, nasi oponenci mają w zwyczaju sypać piasek w oczy ludziom prawym i pobożnym. Dlatego uniżenie proszę Waszą Cesarską Mość i Was, Książęta o wyzbycie się wszelkich uprzedzeń, aby bezstronnie wysłuchać naszej obrony. Niechaj również imię naszego Kościoła nie wzbudza nagłego niepokoju. Proszę wspomnieć, że prorocy i apostołowie wraz ze swym pierwotnym Kościołem przeżywali podobny spór, jaki my dziś toczymy z biskupem Rzymu i jego zastępami. Na ich podobieństwo powodowani rozkazem samego Boga pomstujemy na bałwochwalstwo, przesądy, profanację świątyni i jej obrządków, występujemy przeciwko beztrosce i lenistwu kapłanów, powszechnemu skąpstwu, okrucieństwu i rozpasaniu. Zawsze spotykamy na swej drodze opór podobny temu, jaki i ich również spotykał. Zarówno prorocy, jak i my padamy ofiarą oszczerstwa, że odstępując od opinii ogółu burzymy jedność Kościoła. Codzienne zarządzanie Kościołem przypadało wówczas kapłanom. Nie rościli sobie do tego prawa w sposób arogancki, ale Bóg nadal im tę funkcję Swoim autorytetem. Przedstawienie wszystkich przykładów w tej sprawie byłoby zbyt czasochłonne. Zadowólmy się jednym z nich – przykładem Jeremiasza.
      Prorok ów musiał radzić sobie z całym zastępem kapłanów i ich orężem, z jakim na niego nastawali. Czyż poniższe słowa nie świadczą o troskach, z jakimi przyszło mu się borykać: Nuże uknujmy spisek przeciwko Jeremiaszowi, gdyż nie zaginie pouczenie kapłana ani rada mędrca, ani słowo proroka! (Jer. 18,18). W swych szeregach mieli wielkiego kapłana, który potępiał każdego, kto popełnił poważne wykroczenie oraz rzesze podzielających ich zadanie, którym sam Bóg powierzył zarządzanie Kościołem żydowskim. Jeśli prorok burzył spójność Kościoła, zalecaną autorytetem Boga, któż ostałby się po jego stronie? Musiał być zatem uznany za odszczepieńca. Nie będąc powstrzymanym konsekwencjami walki z bezbożnością kapłanów pozostał wytrwały w swych dążeniach.
      Jesteśmy w stanie udowodnić, i dla wielu jest to łatwo dostrzegalne, że wieczna prawda Boża, głoszona przez proroków i apostołów, jest po naszej stronie. Wszystko, co nas jednak spotyka, to fala zarzutu odstąpienia od Kościoła. Jednogłośnie zaprzeczamy temu. Nadane prawo do zarządzania Kościołem jest jakoby argumentem w obronie stanowiska naszych adwersarzy. Jakże o wiele bliżsi byliby prawdy, gdyby potrafili skorzystać z przykładu Jeremiasza. Dla nich istnienie legalnego kapłaństwa usankcjonowanego przez Boga pozostawało w owych czasach bezsprzeczne. Uważają przy tym tamtą ordynację za niepodważalną. Ci natomiast, którzy noszą dziś miano prałatów, nie mogą udowodnić swojej ordynacji żadnymi prawami, ani boskimi, ani ludzkimi. Niechże i tak będzie. Jednakże, jeśli pod względem miejsca w hierarchii, pozostają w tej samej sytuacji co dawni kapłani, nie mogą niczego nam zarzucić, nie oskarżając jednocześnie proroka Jeremiasza o schizmę.
      Podałem tu tylko jednego proroka jako przykład. Wszyscy pozostali mówią o podobnej walce, jaką musieli stoczyć z niegodziwymi duchownymi, próbującymi pozbyć się ich. W jaki sposób reagowali apostołowie na takie traktowanie? Wyznając, że są sługami Chrystusa wypowiadali wojnę synagodze. Urząd i dostojeństwo stanu duchownego nie doznawały jednak uszczerbku. Choć prorocy i apostołowie różnili się w sprawach doktrynalnych z duchownymi, kultywowali jednak duchową więź poprzez ofiary i modlitwy, jeśli tylko nie zakrawała ona na bałwochwalstwo. Żaden prorok nie splamił się składaniem ofiar w Bethel. Żaden też nie składał nieczystych ofiar, kiedy świątynię opanował duch Antochiusa, a bluźniercze ryty znalazły w niej swe miejsce.
      Prawdziwi słudzy Boga nigdy nie czuli się pozbawieni przynależności do Kościoła. Woleli jednak znosić przydomek odszczepieńców, niż popierać panoszącą się bezbożność. Czasem pozbawia się nas miana „Kościół”. Rozsądzić należałoby jednak, co oznacza prawdziwy Kościół i jaki powinien być charakter jego jedności. Z pewnością nie można oddzielić Kościoła od Chrystusa, który jest jego Głową. Mówiąc o Nim mam na myśli przesłanie Jego Ewangelii, które przypieczętował własną krwią. Aby przekonać nas, że strona przeciwna tworzy prawowity Kościół, musiałaby najpierw udowodnić istnienie prawdziwej doktryny swym życiem i nauczaniem. Według nas nauczanie słowa Bożego i czystość w szafowaniu sakramentami to cechy należne dobrze uporządkowanemu Kościołowi. Skoro święty Paweł wyznał, że Kościół zbudowany jest na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Jezus Chrystus (Ef. 2,20), stąd każdy Kościół, nie mający takich fundamentów, skłania się ku upadkowi.
      Zajmę się teraz naszymi przeciwnikami, którzy szczycą się, że są wyznawcami Chrystusa, używając przy tym górnolotnych zwrotów. Gdyby tylko pojawił się On w ich nauczaniu, przekonaliby nas. Nalegają również na określanie się mianem Kościoła. Gdzie jednak podział się jego prawdziwy fundament, o którym wspomniał święty Paweł. Rzeczywistość ich Kościoła więcej zdradza jego charakteru niż sama nazwa „kościół”. Zarówno oni, jak i my skłonni jesteśmy przyznać, że ci, którzy wyzbywają się Kościoła, matki wszystkich wiernych, „filaru i podstawy prawdy”, burzą się przeciwko samemu Chrystusowi. Dla nas jednak Kościół oznacza tę, która powstała z ziarna nie ulegającego zepsuciu, która wzywa swe dzieci do wieczności i karmi je pokarmem duchowym (Słowo Boga jest owym nasieniem i pokarmem), która poprzez spełnianie swych obowiązków duszpasterskich zachowuje prawdę Bożą, złożoną kiedyś na jej łonie. To owe cechy powinny charakteryzować prawdziwy Kościół. Bóg wszak Sam je wyróżnił. Czyż nie jest słuszne zatem dopatrywać się ich u tych, którzy mienią się nazwą „Kościół”? Jeśli nazwa ta pozostaje pustym słowem, można jedynie wspomnieć werset z proroka Jeremiasza: Nie polegajcie na słowach zwodniczych, gdy mówią: «Świątynia Pańska, świątynia Pańska, świątynia Pańska to jest! »(Jer. 7,4) czy: Czy jaskinią zbójców stał się w waszych oczach ten dom, który jest nazwany moim imieniem? (Jer. 7,11)
      Formułę jedności Kościoła, wyrażoną słowami świętego Pawła, uważamy za świętą i rzucamy klątwę na wszystkich, którzy się jej sprzeciwiają. Zasadą owej jedności jest Jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest (Ef. 4,4-5), który wzywa nas do Siebie w jednej nadziei. Jesteśmy zatem jednym ciałem, jednym duchem. Jeśli stosujemy się do nakazów Boga, związani jesteśmy jednym węzłem wiary. Co więcej, powinniśmy zważać na słowa kolejnego wersetu, że wiara tedy jest ze słuchania, a słuchanie przez słowo Chrystusowe (Rz. 10,17). Przyjmijmy zatem jedno, że jedność Boża istnieje wśród nas, kiedy łączymy się w Chrystusie, przystając na czystość Jego doktryny. W jaki sposób moglibyśmy wyróżnić Kościół Chrystusa, jeśli doktryna Jego byłaby w zbieżności z innymi bezbożnymi frakcjami? Apostoł dodaje, że instytucja Kościoła ustanowiona, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego. [...] Abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie [...] lecz abyśmy będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w Niego, który jest Głową, w Chrystusa (Ef. 4,12-15). Czy mógłby apostoł jeszcze prościej wyrazić, że jedność Kościoła w prawdziwej doktrynie to wezwanie nas do powrotu do Chrystusa i wiary, która zawiera się w wiedzy o Nim i posłuszeństwie prawdzie. Ci, którzy wierzą, że Kościół jest owczarnią, a Chrystus jej pasterzem, gdzie słuchają tylko Jego głosu i rozróżniają Jego głos od obcych, nie potrzebują żadnej innej definicji Kościoła. Potwierdzają to słowa świętego Pawła, modlącego się za Rzymian: A Bóg, który jest źródłem cierpliwości i pociechy, niech sprawi, abyście byli jednomyślni między sobą na wzór Chrystusa, abyście jednomyślnie, jednymi usty wielbili Boga i Ojca Pana naszego, Jezusa Chrystusa. (Rz. 15,5-6)
      Najpierw niech nasi oponenci zbliżą się do Chrystusa, a później przekonają nas, że dążymy do schizmy, zachowując rozdźwięk co do doktryny. Skoro jasno widać, że Chrystus wraz z Jego nauczaniem jest nieobecny w ich kręgach, a przesłanie Jego ewangelii wykorzenione, ich zarzut sprowadza się do tego, że bardziej opowiadamy się za Chrystusem niż regułami ich wiary. Czy odszczepieńcami, zdrajcami duchowej jedności Kościoła są ci, którzy odmawiają odejścia od Chrystusa i Jego prawdy na rzecz oddania się ludzkim autorytetom? Nie zaprzeczam, że duchowni powinni cieszyć się szacunkiem, a w sprzeciwianiu się ziemskim autorytetom tkwi niebezpieczeństwo. W pełni podpisujemy się pod tym twierdzeniem. Zdajemy sobie sprawę, jaki chaos może zrodzić się ze sprzeniewierzania się władzy. Niechaj pastorzy cieszą się należną czcią, nie uwłaczając jednak autorytetowi Chrystusa, któremu powinni, jak każdy człowiek, się poddać. Poprzez Malachiasza Bóg oświadczył, że powierza zarządzanie Kościołem Izraelitów kapłanom, pod warunkiem, że wiernie spełniać będą warunki przymierza, jeśli tylko wargi kapłana strzegą poznania, a z ust jego ludzie chcą mieć wskazania (Mal. 2,7) oraz, jeśli przybliżają oni prawa Boże ludziom. Zapowiada również, że jeśli kapłani nie spełniają tego warunku, przymierze traci swą moc. W błędzie są duchowni, którzy sądzą, że wypełniając powierzony im urząd są świadkami prawdy Boga. Jeśli w sprzeczności do praw Bożych i natury swego urzędu, zawzięcie wszczynają wojnę z prawdą Bożą, nie mogą rościć sobie praw do władzy, której Bóg nigdy nie nadał ani księżom, ani biskupom na innych warunkach niż powyższe.
      Utrzymują, że wspólnota Kościoła zarezerwowana jest dla ludzi o pewnym stylu życia, którego reguły sami sobie tworzą i uważają, że nasze oderwanie od stolicy apostolskiej świadczy jednocześnie o ich zwycięstwie. Łatwo można odpowiedzieć na argument chełpienia się prymatem Rzymu, jednak byłoby to zbyt czasochłonne. Poza tym nasi pisarze naświetlili już ten problem w wielu swych pismach. Pragnę zwrócić uwagę Waszej Cesarskiej Mości i Waszą, Książęta, na słowa Cypriana, który wymienia lepszy sposób, stwierdzający prawdziwą jedność duchową Kościoła, niż tylko odwoływanie się do biskupa Rzymu, jak to czynią nasi oponenci. Uważając episkopalny autorytet Chrystusa za jedyne źródło kościelnej jedności, Cyprian kontynuuje swą myśl twierdząc, że jest jeden Kościół, który przez wzrost owoców swego istnienia rozrasta się w mnogość na podobieństwo wielu promieni słonecznych, których źródłem jest jedyne słońce; wielu gałęzi drzewa wyrastających z jednego pnia z jednego spoistego korzenia. Kiedy wiele strumieni płynie z jednego źródła, to pomimo całej obfitości, pozornego rozczłonkowania zachowana jest jedność w odniesieniu do źródła. Jeśli oddzielimy jeden promień od całości słońca, nie rozszczepimy jedności światła. Jedna oderwana gałąź z drzewa nie ma mocy samoistnego wzrostu. Jeden strumień odcięty od swego źródła wysycha. Tak też dzieje się z Kościołem Bożym. Promieniujący światłem wysyła swe promienie na cały świat. Choć rozproszone, jest to jednak jedno światło. Jedność jest zachowana. (Cyprian, De Unitat.Ecclesi.)
      Herezje i schizmy powstają, kiedy nie ma powrotu do źródeł prawdy, gdzie brak szacunku dla Boga i poszanowania Jego praw. Niech zatem nasi przeciwnicy poszczycą się hierarchią swego Kościoła, gdzie biskupi wyróżniają się swoją postawą, nie odmawiają swej przynależności do Chrystusa, jako jedynego zwierzchnika, działają w odniesieniu tylko do Niego, kultywują braterską solidarność i czują więź ze współbraćmi, nie poprzez inne więzy, jak tylko prawdę Chrystusa. Pod fałszywą maską hierarchii, którą uważają za powód do dumy, kryje się ślepy szacunek i niewolnicze poddanie się wiernych. Sam biskup Rzymu, jako namiestnik Chrystusa na ziemi, ma przewagę i dominuje nad Kościołem bez żadnych ograniczeń, na wzór tyrańskiej władzy. Struktura Kościoła zbudowana jest według jego standardów raczej, niż według wzorców Chrystusowych. Światło, o którym mówi Cyprian, nie daje już swego blasku, obfitujące źródło odcięte od swych strumieni, jedynie wierzchołek drzewa góruje, drzewa pozbawionego jednak swych prawowitych korzeni.
      Zdaję sobie sprawę, że nasi oponenci mają ważny powód, dokładając starań w podtrzymaniu prymatu stolicy apostolskiej wiedząc, że od niego zależy ich własna egzystencja. Waszym zadaniem jest stać na straży porządku i nie dać się zwieść próżnym pozorom, których ofiarą padają często mniej roztropni. Stojący w opozycji do nas, sami zmuszeni są przyznać, że owa chełpliwa przewaga, budowana była nie Boskim autorytetem, lecz ludzką wolą. Kiedy dajemy im na to dowody, wydają się być zawstydzeni, usiłując twierdzić coś przeciwnego. Był czas, kiedy z pełną zuchwałością zniekształcali niektóre wersy Pisma Świętego, aby usankcjonować oczywisty fałsz. W bezpośrednim jednak starciu łatwo było wyrwać im z rąk argumenty, rzekomo dowodzące ich prawości. Stąd też, pozbawieni stojącego za nimi Słowa Bożego, uciekają się o pomoc do okresu początków Kościoła. Tu też bez większego trudu możemy zaoponować. Zarówno pisma Ojców Kościoła, dekrety soborów, jak i cała historia Kościoła jasno świadczą, że najwyższa władza, która jest w rękach biskupa Rzymu od czterystu lat, zdobywana była stopniowo, często uciekając się do podstępu lub przemocy. Załóżmy jednak, że prymat stolicy apostolskiej został im nadany mocą Boga i usankcjonowany zgodą pierwotnego Kościoła. Mogłaby ona cieszyć się zwierzchnictwem, jeśli tylko przyjmiemy, że Rzym jest prawdziwym Kościołem i posiada prawdziwego biskupa. Pytamy zatem, w jakim względzie biskup Rzymu wykonuje swe obowiązki tak, że czujemy się zobligowani przyjąć go za biskupa? Istnieje słynne powiedzenie świętego Augustyna, że biskupstwo jest określeniem urzędu, nie tylko honorowym tytułem. Pierwsze synody definiują obowiązki biskupa, jako karmienie wiernych Słowem Bożym, szafowanie sakramentami, utrzymywanie świętej dyscypliny wśród kleru i wiernych. Umysły biskupów nie powinny być zaprzątane innymi sprawami – troskami codziennego, świeckiego życia. Prezbiterzy powinni współdziałać z biskupami w wykonywaniu owych obowiązków. Czy taki układ ma miejsce w relacji papież – kardynałowie? Na jakiej podstawie zatem mają czelność uważać się za prawowitych pastorów, nie zachowując nawet pozorów pracowitości?!
      Biskupi nie tylko zaniedbują swe obowiązki, Kościół pozbawiony jest Słowa Bożego i sakramentów, ale wszystko, co w nim się dzieje, sprzeciwia się zaleceniom Chrystusa. Od wielu wieków stolica apostolska pozostaje w szponach zabobonów, jawnego bałwochwalstwa, fałszywych doktryn, a wiele z prawdy, z której składa się religia chrześcijańska, zostaje przemilczane. Poprzez zyskiwanie brudnych pieniędzy ze sprzedaży sakramentów i inne bezecne praktyki, Chrystus został wystawiony na prawdziwe pośmiewisko, jakoby na nowo został ukrzyżowany. Czyż można zatem nazwać Rzym matką Kościoła, skoro nawet nie stara się zachować choćby rysu autentyczności i rwie wszelkie więzy duchowej komunii, którą wierni powinni być związani?
      Czując się na straconej pozycji, biskup Rzymu sprzeciwia się wskrzeszaniu zaleceń Ewangelii. Czy nie zdradza w ten sposób, że walka z Królestwem Chrystusowym zabezpiecza spokój jego imperium? Otwiera się tu przede mną wielkie pole do dyskusji. Konkludując jednak w kilku słowach, odmawiam Rzymowi, gdzie jawne jest odstępstwo od wiary, prawa tytułowania się nazwą „apostolską”. Odmawiam papieżowi zwać się namiestnikiem Chrystusa, kiedy z całym zapałem prześladuje Ewangelię, demonstrując swym postępowaniem powinowactwo raczej z Antychrystem. Odmawiam szacunku jako następcy świętego Piotra, kiedy w swych dążeniach niszczy to, co Piotr zbudował. Odmawiam mu prawa być głową Kościoła, kiedy jego tyrania miażdży i rozczłonkowuje Kościół, oddzielając go od Chrystusa, jedynej i prawdziwej głowy Kościoła. Niechaj sprzeciwią się tym odmowom ci, którzy skłaniając się do łańcucha hierarchii kościelnej, tak jak prezentuje go Rzym, nie wahają się podporządkowania i wystawili doktrynę Słowa Bożego na próbę ze strony autorytetu papieża. Do Was, Wasza Wysokość, należy ocena, czy sprawiedliwe jest wzywanie ich do odpowiedzialności w tym względzie.
      Z tego, co powiedziałem, bez wątpienia widać, jak bardzo spotwarzani jesteśmy zarzutem bezbożnej pewności siebie, tak jakby niewybaczalnym zuchwalstwem było usiłowanie oczyszczenia Kościoła z wszelkiej korupcji w sprawach doktryny, jak i obrządków bez papieskiego przyzwolenia. Występując tu jako jednostka jakoby nie mamy prawa wszczynać takich roszczeń. Na cóż moglibyśmy liczyć, oddając sprawę w ręce papieża? Każdy, kto rozważy, jak z początku działał Luter i inni reformatorzy, i jakie były dalsze koleje, uzna za słuszne stanąć w naszej obronie. Kiedy sprawy nie miały się jeszcze tak źle, Luter uniżenie zwrócił się do papieża o przyzwolenie, aby uleczyć poważny zamęt, panujący w Kościele. Czy jego prośba znalazła pozytywny odzew? Coraz bardziej szerzące się zło, konieczność bezzwłocznego zajęcia się problemem, nawet gdyby Luter nie zabrał głosu, powinny być wystarczającą pobudką do podjęcia działań przez papieża. Cały chrześcijański świat oczekiwał tego od kogoś, kto posiadał w swych dłoniach środki do spełnienia pobożnych oczekiwań swych wiernych. Czy uczynił on jednak coś w tym kierunku? Powołuje się on w swej negatywnej odpowiedzi na istniejące przeszkody. Docierając jednak do źródeł jasno widać, że jedyną przeszkodą był on sam.
      Od początku istnienia instytucji papiestwa do dzisiejszego dnia nie ma nadziei na jakiekolwiek pertraktacje, chyba że z pominięciem Chrystusa i powrotem do wszelkich form bezbożności, które mają już długą historię swego istnienia, doprowadzając tym samym do jeszcze głębszego zakorzenienia się ich. Bez wątpienia pozostaje to powodem tego, że nasi oponenci tak usilnie odmawiają nam prawa ingerowania w wysiłki odnowy Kościoła, nie dlatego, aby było to niekonieczne (temu bowiem nie można zaprzeczyć), ale nadal pragnąc zachować żałosny stan Kościoła, w którym jest on gotowy na każde skinienie biskupa Rzymu.
      Zajmijmy się teraz jedynym środkiem zaradczym, którym jeszcze dysponujemy, choć i tak nasza reakcja uznana jest za bezbożną. Nasi przeciwnicy zabraniają nam udziału w ogólnym zgromadzeniu. Czyż, mając środki zapewniające nam bezpieczeństwo, mamy z powodu ich oporu paść ofiarą upadku i przepaść wraz z nimi? Twierdzą, że jest wbrew prawu burzyć jedność Kościoła, wydając samodzielnie artykuły wiary bez konsultacji z innymi. Następnie przesadnie rozwodzą się na temat konsekwencji takiej samowoli. Zatrważające zniszczenie, chaotyczne zamieszanie i samowolne przyjęcie pewnego rytu wiary przez dany naród może stać się efektem takich działań. Jeśli każdy członek Kościoła, w pogardzie dla jego jedności, z własnej woli, odrywa się od innych, słuszną wtedy wydaje się powyższa obiekcja. Nie jest to jednak główny temat w tej dyspucie.
      Życzyłbym sobie, aby wszyscy władcy i kraje świata chrześcijańskiego zjednoczyli się w świętym porozumieniu i jednogłośnie zdecydowali się na naprawę istniejącego zła. Skoro jednak widać, że niektórzy sprzeciwiają się owemu ulepszeniu, inni zaś, zajęci walką lub zaprzątnięci innymi troskami, nie mogą poświęcić swej uwagi, jak długo mamy zwlekać z wzięciem spraw w nasze ręce? Źródłem wielu niepokojów jest niechęć papieża do jednoczenia się Kościołów, do rozmów na ów temat i do zwołania odpowiedniej rady. Tak jak ma on to w zwyczaju, udziela wielu obietnic, jeśli tylko wie, że nie może ich spełnić i że nie istnieją warunki do ich realizacji. Jednocześnie posiada moc tworzenia przeszkód, aby nie dać pretekstu do zmiany frontu. Zdarzają się wyjątki, kiedy konsultuje się z kardynałami, biskupami, opatami w tej sprawie, czego jednak jedynym celem jest zachowanie przywłaszczonej sobie tyranii. W sprawach dobrobytu, jak i destrukcji Kościoła, nie mają prawa zabierać głosu.
      Obawiam się, że moje spostrzeżenia mogą wydać się trudne, aby dać im wiarę i ciężko mi będzie przekonać o ich prawdziwości. Odwołuję się jednak do Waszego sumienia, Wasza Cesarska Mość, i Twojego, Książę, czy Wasze własne doświadczenie nie potwierdza doświadczeń opisanych powyżej. Jak na razie, Kościół nadal pozostaje w wielkim niebezpieczeństwie. Niezliczone rzesze duchownych, nie wiedząc dokąd się udać, trwają w zatroskaniu, wielu już zaginęło uprzedzonych przez śmierć, chyba że Bóg cudownie przygarnął ich. Rodzą się różnorodne sekty, których bezbożność zezwala na brak jakiejkolwiek doktryny, jeszcze inni zaś stają się coraz bardziej chłodni w religijnym oddaniu. Nie ma środków zaradczych na zło dziejące się w Kościele. My, którzy znajdujemy powód do chluby tylko w Imieniu Chrystusa i w Nim jesteśmy ochrzczeni, musimy bronić prawd swej wiary. Najbardziej przykrą sprawą wydaje się być nieunikniony nadchodzący rozłam w Kościele, po którym to próżne będą próby naprawy sytuacji.
      Żadna licząca się osobowość nie okazuje zainteresowania w niesieniu pomocy Kościołowi w tak trudnej sytuacji. Zwodzeni jesteśmy obietnicami rozwiązań rady generalnej, które i tak okazują się obrazą Boga i człowieka. Naród niemiecki musi zatem poddać się totalnemu upadkowi Kościoła, chyba że wykorzysta drzemiące w nim możliwości środków zaradczych i weźmie się do pracy. Oponenci nasi nie skorzystają zapewne z alternatywy, aby nie narazić się na słuszny zarzut, że nie uczynili tego do tej pory. Wszyscy ci, którzy posługują się pretekstem do ociągania się ze zwołaniem synodu generalnego, nie mają innego celu, jak tylko zyskać na czasie. Nie staną się oni jednak autorytetem, dopóki ich czyny nie będą świadczyły o tym, co wyznają ustami. Wszystko wskazuje jednak, że gotowi są poświęcić interes Kościoła, aby zyskać osobistą korzyść.
      Byłoby to wydarzeniem bezprecedensowym dla samych Niemców, aby podjąć takie próby reformacji. Nigdy wcześniej nie słyszano, aby pojedyncza prowincja podjęła się oceny sytuacji, a co za tym idzie pewnych decyzji. Czy przez samo domaganie się zrozumienia przeciwnicy reform przekonają świat, aby uwierzył w zdarzenia, na które czas nie znalazł potwierdzenia? Kiedy tylko rodziła się nowa herezja lub Kościół owładnięty był niepokojącym dyskursem, zwoływano pomniejsze (prowincjonalne) synody, aby zażegnać poruszenie. Nigdy nie uciekano się do synodu generalnego, aby szukać innego remedium. Zanim biskupi całego chrześcijańskiego świata spotkali się w Nicei w celu obalenia argumentów Ariusza, kilka innych synodów w tej kwestii odbyło się na wschodzie. Aby streścić się, przejdę do kilku przykładów. Problem polega jednak na tym, że nasi wrogowie zaprzeczają, jakoby były one powszechną praktyką. Ukróćmy ich kłamstwa mówiące o rzekomo nowym podejściu do sprawy.
      Gdyby biskupi Afryki byli opanowani przez ową zabobonną ideę, nie zdążyliby się spotkać z Donatystami i Pelagianami. Donatyści opanowaliby większą część Afryki. Rzadko który region pozostał wolny od owej zarazy. Kontrowersja ta dotyczy jedności Kościoła i prawowitego udzielania chrztu. Według najnowszych zaleceń naszych oponentów, ortodoksyjni biskupi, aby nie separować się od innych członków Kościoła, powinni byli zwracać się z powyższą kwestią do rady generalnej. Czy tak też postępują? Pragnąc zażegnać konflikt wiedzą, że nie mają czasu do stracenia. Naciskają zatem na Donatystów, zwołując ich na synod, i ścierają się z nimi w bezpośredniej dyskusji.
      Niechaj nasi przeciwnicy potępią świętego Augustyna i innych bogobojnych ludzi jego czasów, zgadzających się z jego poglądami, za bezbożne oddzielenie się od Kościoła, zmuszenie Donatystów, za autorytetem cesarskim, do wspólnych rozmów, a zamiast zwoływać radę generalną do potraktowania tej trudnej, niebezpiecznej kontrowersji na synodzie prowincji. Kiedy Pelagiusz pokazał swe rogi, natychmiast zwołano synod, ukrócający jego zuchwałość. Udając skruchę przez krótki czas, wrócił jednak do wcześniejszych roszczeń. Z piętnem bezbożności, które zyskał w Afryce, wrócił do Rzymu, gdzie przyjęto go dość przychylnie. Jaki kurs obierają pobożni biskupi? Czy twierdzą, że są tylko członkiem Kościoła i muszą czekać na decyzję rady generalnej? Zamiast tak postępować, zbierają się przy pierwszej sposobności i z wielką swobodą rzucają klątwę na rzekomą bezbożność wielu, samodzielnie decydując i definiując grzech pierworodny i odnawiającą łaskę. Następnie posyłają do Rzymu sprawozdanie ze swej procedury, aby za wspólną zgodą i autorytetem skuteczniej miażdżyć opór heretyków i aby upomnieć o czyhającym niebezpieczeństwie, na straży którego wszyscy powinni stać. Pochlebcy biskupa Rzymu nadają inny bieg sprawie, tak jakby biskupi powstrzymywali swój osąd do czasu zatwierdzenia postępowania przez Innocentego V, który przewodził wówczas Rzymem. Takie zuchwałe twierdzenie wielokrotnie było odrzucane przez pisma Ojców Kościoła. W ocenie zjawiska, ani nie zwrócili się do Innocentego o poradę, jak postępować, ani nie czekali na jego przyzwolenie i użyczenie swego autorytetu. Mieli już wcześniej rozeznanie w owej kwestii i wydali swój osąd, potępiając zarówno człowieka, jak i doktrynę, tak aby Innocenty mógł pójść za ich przykładem, aby nie zaniedbywać swej powinności. Tak miały się rzeczy, kiedy kościoły powstawały w zgodzie i spójnej doktrynie. Dlaczego obecnie, kiedy wszystko wali się w gruzy, mamy zwlekać w swych działaniach, czekając na przyzwolenie tych, którzy robią wszystko, aby nie objawiać prawdy Bożej?
      Święty Ambroży poróżnił się z Auxentiusem co do podstawowego artykułu wiary, a mianowicie boskości Chrystusa. Ówczesny władca popierał pogląd Auxentiusa. Nie odwołał się jednak do rady generalnej, używając pretekstu, że jest ona nielegalnym tworem. Uważał, że tak istotna sprawa powinna być rozstrzygnięta w inny sposób, a mianowicie przedyskutowana w obecności wiernych. Jaki był zatem cel synodów prowincji, które odbywały się dwa razy do roku, jeśli biskupi nie mogli konsultować się w kwestiach nagłych, nie cierpiących zwłoki, jak to określał dziewiętnasty kanon Synodu Chalcedońskiego? Zarządzenie pierwotnego Kościoła nakazywało biskupom każdej prowincji zbierać się dwa razy do roku. Synod Chalcedoński uzasadnia, że w ten sposób korygować można było jakiekolwiek pojawiające się błędy.
      Nasi oponenci w przeciwieństwie do tego, co powszechnie wiadomo, odmawiają słuszności zajmowania się kwestią zaniedbania doktryny i obyczajów, jeśli nie będzie ona przedłożona przed trybunałem rady generalnej. Wybiegiem, którego użyli Arianie, Palladius i Secundinianus w celu niestawienia się na synodzie w Aquili, był jakoby jego niekompletny i niepowszechny charakter, nieobecność biskupów ze wschodu i bardzo znikoma tych z zachodu. Z Italii stawiła się zaledwie połowa oczekiwanych. Papież również nie przybył osobiście i przysłał swych reprezentantów w postaci prezbiterów. Na te wszystkie zarzuty święty Ambroży odpowiada, że praktyką zarówno biskupów zachodu, jak i wschodu było zwoływanie synodu. Pobożni władcy, zwołując radę, postępowali rozsądnie, pozostawiając wolną decyzję uczestniczenia w obradach, nikogo przy tym nie zmuszając. Przybywali ci, którzy uważali to za słuszne, nikomu też nie zakazywano. Choć heretycy nie ustawali w swych wykrętnych zarzutach, Ojcowie Kościoła nie porzucili swych celów. Po takich przykładach, z pewnością Jego Cesarska Mość wykorzysta dostępne Mu środki, aby doprowadzić cesarstwo do świętej zgody.
      Zaobserwować można, że nasi wrogowie zalecają dalsze zwlekanie nie dla dobra Kościoła, ale wiedząc, że zyskawszy na czasie odwołują się do argumentu rady generalnej, tym samym nie doprowadzając do wzajemnego porozumienia. Wyobraźmy sobie, że nie istnieją przeszkody w jej natychmiastowym zwołaniu z całym przekonaniem i szczerą intencją i, że zbliża się dzień spotkania i wszystko jest przygotowane. Papież, oczywiście, będzie przewodniczył lub, jeśli odmówi udziału, przyśle jednego ze swych kardynałów jako swego legata. Oczywiście, wybierze najbardziej zaufanego. Kardynałowie, biskupi, opaci zajmą następnie swe miejsce. Miejsca poniżej zajmą zwykli członkowie Kościoła, którzy w większości wybrani są, aby służalczo popierać poglądy wyżej wymienionych. Nie przeczę, że znajdzie się kilku uczciwych ludzi. Z powodu swej znikomej ilości będą jednak lekceważeni lub zdjęci strachem i obawą, że ich zdanie i tak pozostanie bez echa. Jeśli nawet uda im się dojść do głosu, natychmiast zagłuszy ich hałas innych. Główni uczestnicy zdolni są do wszystkiego, aby tylko stanąć na drodze przywrócenia lepszej kondycji Kościoła.
      W sprawach doktrynalnych dobrze byłoby, aby podchodzili do nich w sposób uczciwy i otwarty. Pewne jest jednak, że niewielu obradujących w pełni skupienia poświęca swą uwagę omawianym kwestiom i argumentom za nimi przemawiającym. Uczestnicy skłonni są raczej do zawziętości, stawiania oporu oraz przejawiają niechętny stosunek do przyjęcia prawdy. Niewiarygodnym wydaje się dziś, że ci, którzy nie są skłonni przyjąć choćby części prawowitej doktryny, wycofają natychmiast swój opór. Czyż możemy pokładać nadzieję, że ci, którzy w swych wysiłkach, aby przeszkodzić odnowie upadłego Królestwa Chrystusowego, zaoferują pomocną dłoń w jego dźwignięciu i rozbudowie? Czyż ci, którzy zażarcie walczą z prawdą i czynią wszystko, co w ich mocy, aby zaostrzyć jeszcze okrucieństwo innych, okażą swe umiarkowanie i litość? Niezwyciężony Cesarzu i Prześwietny Książę, poddaję pod Waszą rozwagę, czy w interesie papieża i całej jego frakcji leży, aby Kościołowi przywrócić ład, a jego kondycję do ścisłych wymogów Ewangelii. Doświadczenie nauczyło nas, w jakim stopniu skłonni są nasi przeciwnicy zapomnieć o własnym interesie i czy potrafią całym sercem i duszą oddać się tworzeniu wspólnego dobra.
      W Waszej gestii leży decyzja, czy pozostawić sprawę reformowania Kościoła ich woli (a raczej kaprysowi), czy raczej czekać na ich przyzwolenie i nie decydować w sprawach Kościoła bez ich zgody. Jeśli poznam, że to właśnie jest Waszą intencją, pogodzę się z tym, że sprawy muszą pozostać takimi, jakimi są. Przypuśćmy jednak, że opanuje naszych adwersarzy poczucie wstydu, autorytetu Waszej Cesarskiej Mości i innych książąt tak, że nabiorą pewnej uległości, rezygnując z części swej władzy. Czy z własnej woli raczą uniżyć się do takiego kroku, aby dźwignąć z upadku Królestwo Chrystusowe? Jeśli tak się nie stanie, powierzenie reformy Kościoła w ich ręce jest niczym innym, jak wystawieniem niewinnych owiec na pożarcie wilkom. Jeśli nie istnieje alternatywa, lepiej pozostawić Kościół samemu sobie niż oddać go we władzę umysłu takich ludzi.
      W rzeczywistości to ci, którzy piastują urząd pastorów i inne stanowiska, jako pierwsi przychodzą z pomocą Kościołowi. To oni jako przewodnicy zjednoczyli pod sobą książęta, aby wspólnymi siłami zająć się świętym wyzwaniem. Cóż się jednak może stać, jeśli nie wykonają tej pracy sami i nie przyzwolą innym na jej wykonanie? Czy mamy mieć ciągle wzgląd na nich i czekać na ich znak do działania? Czy wciąż mamy dawać posłuch ich solennej regule, że niczego nie można usiłować robić, jeśli wcześniej nie zatwierdził tego papież?
      Wasza Cesarska Mość, Książę i inni dostojnicy, Kościół zdradzony, opuszczony, pozbawiony swych pastorów, będący w wielkiej niedoli, w wirze sporów, pozostawiony na nieuchronny upadek zwraca się do Was z prośbą o opiekę. Powinniście zatem postrzegać swą rolę w następujący sposób. Bóg uposażył Was w środki, dzięki którym możecie dowieść swej wierności Jego Osobie. Nie istnieje ważniejsza rzecz, która powinna leżeć na sercu bardziej, w której Bóg oczekiwałby większego zaangażowania, jak usiłowanie, aby chwała Jego Imienia nie doznawała szkody, Jego Królestwo mogło rozwijać się, a czysta doktryna, kierująca nas w prawowitym oddawaniu czci Boskiej, w pełni rozkwitała. Bóg uhonorował Was zadaniem pełnienia na ziemi roli strażników i obrońców Jego chwały. Stąd rozpoczęcie i przeprowadzenie owego zadania powinno stać się Waszą troską.

Proszę choćby o to, abyście nie dawali posłuchu bezbożnikom przypochlebiającym się fałszywymi radami, które stoją na drodze uzdrowienia Kościoła z Waszych rąk lub dyskredytują cały problem, aby pielęgnować Waszą opieszałość w zajęciu się nim lub też nakłaniają do gwałtownych metod jego rozwiązania. Niechaj przyszłe pokolenia poznają należną Wam chwałę za okazanie łagodności i rozwagi, za podjęcie odpowiednich kroków oraz przeciwstawienie się presji ich wspólnych bezecnych porad. Niechaj natarczywość naszych wrogów nie pozbawi Was powodu do dumy.
      Święty Augustyn mówi, że dyscyplina wprowadza heretyków w stan trwogi, ale nie uczy ich niczego. Jeśli nawet przez swoje niepohamowanie i działanie bez namysłu powodują zamęt w Kościele, powinni być traktowani z całą łagodnością, zgodnie z zasadą, że pouczenie poprzedza karzącą dłoń. Jakże o wiele bardziej stosownym wydaje się zachować się po ludzku w kwestii dążenia do szczerej zgody dwóch stron co do czystej doktryny Boga. Świadkami jesteście, że biskup Rzymu i jego stronnicy zioną ogniem nienawiści. Gdyby poddać się jej szaleństwu, naród niemiecki już dawno by się zatracił. Czy to zatem Duch Święty popycha ich w ślepej gonitwie ku brutalności? Rozpasanie, które się wkrada, znajduje swe pełne ujście, jeśli nie napotka na swej drodze żadnych barier.
      Ciągle wzniecana przemoc, nienawiść podsycana z niezrozumiałych powodów, wynikająca z wrogości do samego tematu sporu, doprowadzi statecznie do naszego upadku. Te same powody do zmartwień przeżywał Kościół w początkach swego istnienia, nad czym ubolewa Tertulian w swej „Apologii”. Potępienie naszego stanowiska wynika z uprzedzeń do nas samych, a nie z petycji, którą wnosimy. Walczymy o to, aby nasz problem doczekał się rozpatrzenia i poznania zgodnie z wymogami prawdy i sprawiedliwości, a nie według z góry wyrobionego osądu.
      Chwała Wam, Wasza Cesarska Mość, za stawienie słusznego oporu, kiedy to nasi wrogowie przynaglali Was do niesprawiedliwej surowości. Następną rzeczą jest nie poddawać się zgubnym radom tych, którzy pod pretekstem odkładania sprawy, od dawna są przeszkodą w podjęciu świętego zadania, jakim jest reforma Kościoła, a co gorsza, są jej przeciwni całkowicie.
      Wydaje się, że pozostaje jeszcze jedna trudność, powstrzymująca Was od rozpoczęcia pracy. Wielu ludzi dobrej woli czuje się onieśmielonych zaangażowaniem się w to Boże przedsięwzięcie, gdyż z góry wątpią w jego powodzenie. Należy rozpatrzyć tu dwa aspekty. Trudności nie są aż tak wielkie, jak się wydają. Jakkolwiek jednak byłyby ogromne, nie można tracić ducha, kiedy zastanowić się, w obronie jakich racji stajemy. Wynik naszych działań może przejść nasze oczekiwania, a pierwsze wrażenia mogą okazać się błędne. Nad pierwszym aspektem nie będę się dłużej zatrzymywał. Nadarzy się ku temu lepsza okazja, kiedy problem doczeka się poważnego potraktowania. Wiem tylko, że wykonanie owego zadania nie będzie nastręczało takich trudności i wymagało czasu, jak wcześniej przypuszczano, pod warunkiem, że wykażemy się odwagą w próbie podjęcia go. Zastanowiwszy się nad starym powiedzeniem, że wszystko, co znakomite wymaga wcześniejszego trudu i mozołu, czy można dziwić się, że tak wielka i szlachetna pobudka, która nami powoduje, wymaga pokonywania wielu przeszkód? Musimy spojrzeć na całą sprawę w bardziej podniosły sposób, aby nie obrazić Boga brakiem wiary. Zakres naszej mocy jest wszak miernikiem mocy samego Boga. Nie wolno zatem wątpić w powodzenie odnowy Kościoła i patrzeć przez pryzmat obecnego stanu rzeczy. Jakkolwiek słaba byłaby nadzieja sukcesu, Bóg uzbraja nas w odwagę i oddala wszystko, co powoduje w nas strach, abyśmy ochoczo zabrali się do pracy. Oddajmy Bogu cześć, powierzając się Jego wszechmocy. Zaufajmy Mu, a może zechce zwieńczyć nasze wysiłki sukcesem.
      W obecnej sytuacji Cesarstwa, Wasza Cesarska Mość i Książę, pochłonięci jesteście wieloma troskami i mnogością różnych problemów. W natłoku wielu, nie cierpiących zwłoki spraw, ta z pewnością powinna stać się priorytetem. Zdaję sobie sprawę, jakiej odwagi, zaangażowania, pilności i żarliwości wymaga to przedsięwzięcie. Nie powinno nikogo dziwić, że w tak chwalebnej i wielkiej kwestii zajmuję tak zdecydowane stanowisko. Jakże inaczej mógłbym postąpić? Uginam się pod jej ciężarem i ogromem, a najlepsze, co mogę uczynić, to przedstawić ją Waszej Cesarskiej Mości w sposób bezpośredni, bez ubierania w piękne słówka, poddać ją pod rozwagę i osąd.
      Przywołuję cały ogrom niedoli Kościoła, który jest w stanie poruszyć najbardziej zatwardziałe serca. Przypominam nędzną i szkaradną formę oraz spustoszenie, jakie obecnie prezentuje Kościół. Jak długo pozwolimy oblubienicy Chrystusa, matce nas wszystkich, pozostać w takim stanie, kiedy domaga się Waszej obrony wiedząc, że środki zaradcze leżą w Waszych dłoniach? Zwracam uwagę również na inne klęski, które mogą nawiedzić Kościół, aż po totalną destrukcję, jeśli nie użyjecie Swego autorytetu i bez jakiejkolwiek opieszałości podejmiecie się owego zadania. Chrystus w sposób sobie właściwy cudownie uchroni Kościół, przekraczając tu nawet ludzkie oczekiwania. Konsekwencją jednak dalszej zwłoki może być to, że nie zastanie w Niemczech już żadnej formy istniejącego Kościoła. Proszę dostrzec, ile symptomów zbliżającego się upadku jest powszechnie widocznych. Waszym obowiązkiem jest temu zapobiec. Mówię o tym pełnym głosem, choć wcześniej zachowywałem ciszę. Oznaki te nie powinny poruszać nas do działań tylko z powodu teraźniejszości. Powinny również przypominać o nieuchronnym ostatecznym rozrachunku. Cześć Boska jest splugawiona tysiącem fałszywych opinii, zniekształcona bezbożnymi zabobonami, Święty majestat Boga ohydnie znieważony, Jego Święte Imię profanowane, a Jego chwała pogwałcona. Kiedy cały świat chrześcijański jest skażony do cna bałwochwalstwem, ludzie zamiast jedynemu Bogu oddają cześć tworom własnego umysłu. Tysiące zabobonów są jawną obrazą dla Pana naszego. Pamięć o Chrystusie i Jego mocy prawie zatarła się w ludzkich umysłach, zaś nadzieja, jaką ze Sobą niesie, pokładana jest w pustych, frywolnych, nic nie znaczących obrządkach, a i sakramenty dalekie są od ich prawowitej formy. Chrzest zniekształcony jest licznymi dodatkami, sakrament Wieczerzy Pańskiej bezecnie pohańbiony, religia na wskroś uległa zwyrodnieniu, przybierając zupełnie odmienną formę od ideału.
      Jeśli ustaniemy w usiłowaniach przeciwstawienia się szerzącemu się złu, Bóg z pewnością nie zapomni o Swej zapłacie. Jakże On, który nie zezwala, aby umniejszano Jego chwale, nie miałby użyć Swego autorytetu widząc ludzkie zaniedbania w tym względzie? Jakże Ten, który tak surowo karze najdrobniejsze przewinienie sakramentu Wieczerzy u Koryntian miałby oszczędzić tych, którzy znieważają Go tyloma ohydnymi, nie do opisania, bluźnierstwami? Jakże Ten, który przez usta proroków dowodzi i obwieszcza swą zemstę na bałwochwalcach miałby przymknąć oko na szerzące się wśród nas praktyki bałwochwalcze? Z pewnością te wszystkie przewinienia nie pozostaną bez echa. Wojna turecka zaprząta teraz umysły wielu i napawa ich niepokojem. Odbywają się rozmowy mające na celu przygotowanie ruchu oporu. Wszystko odbywa się w duchu ostrożności. Wszyscy podkreślają konieczność szybkiego załatwienia sprawy. Nie zaniedbując owej sytuacji podkreślam, że rozmowy na temat przywrócenia Kościołowi zdrowej kondycji również nie powinny być zaniedbywane i odkładane w czasie. Już i tak długo zwlekaliśmy. Jeśli mamy dać koniec działaniom wojennym, musimy bez zwłoki zażegnać zarzewie sporu tkwiące w nas samych.
      Kiedy zatem, Wasza Cesarska Mość i Książę, usłyszycie po raz kolejny, że sprawę reformowania Kościoła trzeba jak na razie odłożyć w czasie dopóki inne problemy nie znajdą swego rozwiązania, zrodzi się pytanie, czy przyszłe pokolenia w ogóle dożyją istnienia naszego imperium. Dlaczego mówię o potomności? Nawet teraz dają się zauważyć symptomy przyszłego upadku. Jakkolwiek jednak potoczą się losy, w oczach Boga zawsze będziemy wspierani w pragnieniu głoszenia chwały Jego Imienia, przyczyniania się do dobra Kościoła, wiernej służby w tej sprawie aż do końca i uczynienia wszystkiego, co było w naszej mocy. Sumienie nasze podpowiada, że wszystkie nasze życzenia i wysiłki stawiały sobie ten jeden cel. Powyższy wywód jest jasnym tego dowodem. Głęboko na sercu leży nam troska i zabieganie o dobre Imię Pana wiedząc, że w dzisiejszych czasach odczuwa się tego niedostatek.
      Nigdy nie będziemy żałować rozpoczęcia i przeprowadzania owych starań. Duch Święty pozostaje wiernym i niezawodnym świadkiem naszej doktryny. To, co głosimy, to wieczna prawda o Bogu. Życzylibyśmy sobie, aby nasza posługa okazała się zbawienna dla świata. Jednak jej powodzenie pozostawiamy decyzji Boga. Jeśli niezupełnie ukarana zostanie niewdzięczność i zaciętość tych, którym chcemy pomóc, a sukces okaże się sprawą wątpliwą, zaś sprawy będą miały się nie najlepiej, wymienię jednak korzyści, płynące dla chrześcijaństwa z owych zabiegów. Wszyscy wiernie oddani swej świętej profesji podpiszą się pod poniższym stwierdzeniem, że nawet w śmierci pozostaniemy zwycięzcami nie tylko dlatego, że jest ona pewną drogą do lepszego życia, ale nasza krew będzie zaczątkiem rozkrzewiania się Bożej prawdy, która obecnie jest tak pogardzana.

Wydawnictwa w naszej księgarni

Jednota nr 1/2017


W JEDNOCIE nr 1/2017 m.in.: omówienie zasady sola scriptura we współczesnej refleksji Światowej Federacji Luterańskiej, recenzja ekumenicznego przekładu Starego Testamentu

"Śladami braci..."


Polecamy nowość w "Bibliotece JEDNOTY": bogato ilustrowany przewodnik Joanny Szczepankiewicz-Battek "Śladami braci czeskich i morawskich po Polsce".

Porównanie wyznań


„Porównanie wyznań” prezentuje w czytelnej formie doktrynę czterech Kościołów: ewangelicko-augsburskiego, ewangelicko-reformowanego, prawosławnego

Człowiek z Noyon


Książka poświęcona jest Janowi Kalwinowi. Jest to zbiór artykułów publikowanych w piśmie religijno społecznym „Jednota”, które prezentują

 
   Copyright © 2007-2017
   Kościół Ewangelicko-Reformowany w RP.
   All Rights Reserved. Designed by kru

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

To niewielkie informacje, nazywane ciasteczkami (z ang. cookie – ciastko), wysyłane przez serwis internetowy, który odwiedzamy i zapisywane na urządzeniu końcowym (komputerze, laptopie, smartfonie), z którego korzystamy podczas przeglądania stron internetowych.

W „cookies”, składających się z szeregu liter i cyfr, znajdują się różne informacje niezbędne do prawidłowego funkcjonowania serwisów internetowych, np. tych wymagających autoryzacji – m.in. podczas logowania do konta pocztowego czy sklepu internetowego.

Więcej: http://wszystkoociasteczkach.pl

Kościół Ewangelicko-Reformowany w RP
Al. "Solidarności" 76A, 00-145, Warszawa
mazowieckie, Polska
mail: reformowani@reformowani.pl
Telefon: 48 22 831-45-22 Faks: 48 22 831-08-27